
To dobrze, że matka Herberta mieszka z młodymi. Starsza pani jest wdową, osobą samotną. I Signe ma towarzystwo. Co prawda teściowa nieczęsto opuszcza swój pokój, ale jest w pobliżu, a to najważniejsze.
Signe pocieszała Belindę:
– Jeszcze tylko miniemy to wzgórze i już będzie Elistrand… O mój Boże, a to co?
Obie siostry uskoczyły w bok. Na wzniesieniu rysowała się na tle nieba sylwetka jeźdźca. Nie wiadomo, skąd się tam wziął; i koń, i jeździec stali teraz nieruchomo, mając za plecami gasnącą już złocistą łunę zachodu.
Belinda wpatrywała się w obcego. Był to dość młody mężczyzna o ciemnych włosach, otulony krótką pelerynką. Rysów twarzy dokładnie nie widziała, zdawało jej się, że musiały być wyraziste; czarne, gniewnie ściągnięte brwi i jakiś nieprzenikniony wyraz zaciętych ust sprawiały smutne wrażenie. W ogóle w postaci młodego człowieka nie było ani odrobiny radości.
Przez chwilę spoglądał na obie siostry, po czym zawrócił konia i zniknął w mroku.
Signe położyła dłoń na sercu.
– Uff, to chyba niedobrze w moim stanie. Takie zjawy zapowiadają nieszczęście.
Belinda poczuła zimny skurcz strachu. Dobrze wiedziała, że brzemienne kobiety nie powinny oglądać niczego nieprzyjemnego. To naprawdę zapowiada nieszczęście, każdy może to potwierdzić.
– Kto to był? – zapytała zmartwiałymi wargami.
– To pan na Grastensholm. Viljar z Ludzi Lodu. Mówią, że on jest szalony. Och, Belindo, chyba moje dziecko nie zostało przestraszone? Chodzi mi o to… mama widziała przecież idiotę, kiedy chodziła z tobą…
Ujęły się mocno za ręce.
