– Ludzie Lodu? Chyba oszalałaś! Herbert ani słowem nie wspomniał im o swoich projektach. W przeciwnym razie na pewno by mu dworu nie sprzedali! Ale teraz Elistrand należy do niego i zrobi, co zechce.

Belinda z trudem poznawała swoją wspaniałą siostrę. Jakbym słyszała Herberta, przemknęło jej przez myśl.

W zadumie stanęła i patrzyła na wzniesienia, które właśnie minęły. Zorza już przygasła, niebo przybrało barwę popiołu, ale nic nie zakłócało wciąż jeszcze wyraźnej linii horyzontu.

Niektórzy ludzie już się tacy rodzą, że kiedy podnoszą kęs ciastka do ust, spada im on z widelczyka.

Belinda była jedną z nich.

Obcasy więzły jej pomiędzy kamieniami, kiedy szła ulicą, przytrzaskiwała sobie ręce w drzwiach, a witając się z ludźmi, poszturchiwała ich niezdarnie.

Tego rodzaju nieszczęścia są na ogół wynikiem braku pewności siebie. „Zaraz otworzę nie te drzwi, co trzeba”, myśli z lękiem nieśmiały człowiek i, oczywiście, wkracza do najbardziej prywatnego pomieszczenia w domu. Strach przed gafą staje się swego rodzaju sugestią, która po prostu musi się spełnić.

Tak było właśnie w przypadku Belindy.

Urodziła się jako drugie z kolei dziecko w nie kończącym się szeregu rodzeństwa, a wszystkie jej siostry i wszyscy bracia byli nad wyraz inteligentni i w ogóle udani. O Belindzie nie można powiedzieć po prostu, że jest głupia. Miała może trochę spowolnione reakcje, nie myślała tak szybko jak pozostali, i to wszystko. Naiwna, w najlepszym znaczeniu tego słowa, to najbardziej odpowiednie dla niej określenie.

Nie była też pięknością, ot, zwyczajna dziewczyna, ani ładna, ani brzydka, o szaroblond gęstych włosach i życzliwych ludziom oczach. Ale przyszła na świat w rodzinie mającej wiele wspaniałych dzieci i na ich tle wyróżniała się niekorzystnie.



6 из 197