
Belinda kuliła się coraz bardziej i zamykała w sobie, a im mniej miała pewności siebie, tym bardziej była niezręczna. Tymczasem różnica wieku pomiędzy nią a młodszym rodzeństwem była znaczna, więc cała praca domowa spadała na jej barki. Tak było zresztą już od ślubu Signe, ale rodzice zdawali się o tym nie pamiętać, dopiero po śmierci starszej różnica między siostrami stawała się jaskrawo widoczna.
Bardzo często Belinda odczuwała pragnienie śmierci. Bo może wówczas i o niej rodzice pomyśleliby inaczej i może na tamtym świecie spotkałaby ukochaną Signe, za którą tęskniła tak rozpaczliwie, że serce o mało jej nie pękło?
Myślała też nieustannie o tym maleństwie, które pozbawione macierzyńskiej miłości mieszkało w Elistrand. Rodzice Belindy wielokrotnie prosili Herberta Abrahamsena, by pozwolił im zajmować się córeczką Signe, ale on odmawiał. Wszystko jest w porządku, tłumaczył, mała ma niańkę.
Belindę dręczyło jeszcze jedno, a mianowicie owa zjawa, którą dziewczęta widziały tamtego wieczora na wzgórzach. To ta zjawa stała się przyczyną śmierci Signe, co do tego Belinda nie miała wątpliwości. I wina była po jej stronie, oczywiście. Powinna była się przeżegnać i pomodlić na widok rycerza wyłaniającego się z mroku. Wtedy Signe byłaby uratowana.
