— Chodźmy — rzekł Kozłów, zapiął sprzączki przy podkowach magnetycznych i ruszył do drzwi.

Wszyscy skierowali się do magazynu, wzięli stamtąd futrzane kurtki, piły elektryczne i samobieżną platformę.

Miejsce, gdzie stacja zaopatrywała się w wodę na potrzeby techniczne, higieniczne i konsumpcyjne, nazywało się „Eisgrotte”. Amaltea — spłaszczona kula o średnicy około stu trzydziestu kilometrów — była zbudowana z czystego lodu. Najzwyklejszego lodu z wody, zupełnie takiego samego, jak na Ziemi, tyle że na powierzchni przysypanego nieco pyłem meteorytów oraz odłamkami kamieni i żelaza. O pochodzeniu lodowej planetki nikt nie potrafił powiedzieć nic konkretnego.

Jedni, mało obeznani z kosmogonią, utrzymywali, że Jowisz w pradawnych czasach zerwał otoczkę wodną z jakiejś planety, która nieostrożnie zbliżyła się do niego. Inni skłonni byli przypisywać powstanie piątego satelity procesowi kondensacji kryształów wody. Jeszcze inni twierdzili, że Amaltea nie należała w ogóle do systemu słonecznego, że przybyła z przestrzeni międzygwiezdnej i została przechwycona przez Jowisza. Jakkolwiek by było, ważne, że nieograniczone zapasy lodu, istniejące na Amaltei, stanowiły dla „Stacji J” wielką wygodę.

Platforma przejechała korytarzem dolnego poziomu i zatrzymała się przed szerokimi odrzwiami „Eisgrotte”. Gregor zeskoczył z platformy, podszedł do drzwi i, mrużąc oczy krótkowidza, zaczął szukać guzika od zamku automatycznego.

— Niżej, niżej, ślepy puchaczu — rzekł Potapow.

Gregor odnalazł guzik i odrzwia rozwarły się. Platforma wjechała do „Eisgrotte”. „Eisgrotte” była lodową pieczarą, tunelem

wyrąbanym w litym lodzie. Trzy gazowe rurki oświetlały tunel, ale światło odbijało się od ścian lodowych i sufitu, rozpraszało i iskrzyło na wszystkich występach, dlatego też wydawało się, że „Eisgrotte” oświetla cały system luster.

Nie było tutaj pola magnetycznego, należało więc chodzić bardzo ostrożnie. Panował tu niezwykły chłód.



27 из 289