Dyrektor „Stacji J” spojrzał na zegarek. Wschód dzisiaj wspaniały, a wkrótce będzie jeszcze piękniejszy, trzeba jednak zjeżdżać na dół i zastanowić się, co robić dalej.

W cieniu skał drgnęła i poczęła z wolna obracać się kratownica Wielkiej Anteny. Radiooptycy rozpoczęli obserwację. Głodni radiooptycy.

Dyrektor po raz ostami spojrzał na bury, zamazany półkrąg Jowisza i pomyślał, że dobrze by było uchwycić taki moment, kiedy nad horyzontem wiszą jednocześnie wszystkie cztery wielkie satelity — czerwonawa Io, Europa, Ganimed i Callisto, sam zaś Jowisz, widoczny wówczas w jednej czwartej swej tarczy, jest na poły pomarańczowy i bury. Potem dyrektor pomyślał sobie, że nigdy nie widział zachodu. Chyba też musi być piękny: z wolna dogasa łuna egzosfery i jedna po drugiej zapalają się gwiazdy na czarnym niebie, niczym brylantowe szpilki powpinane w aksamit. Ale zazwyczaj w porze zachodu trwa najbardziej gorączkowa praca.

Dyrektor wszedł do windy i zjechał na najniższe piętro. Stację planetologiczną na Amaltei stanowiło małe miasteczko naukowe, rozłożone na kilku poziomach, wyrąbane w lodowcu i zalane metaloplastikiem. Tutaj mieszkało, pracowało, uczyło się i prowadziło budowę bez mała sześćdziesiąt osób. Pięćdziesięcioro sześcioro młodych mężczyzn i kobiet. Wspaniałych chłopaków i dziewcząt o wspaniałych apetytach.

Dyrektor zajrzał do hali sportowej, ale było tu pusto. Tylko ktoś samotnie pluskał się w okrągłym basenie, aż echo odzywało się pod sklepieniem. Dyrektor ruszył dalej, powłócząc nogami w ciężkich butach z magnetycznymi podkowami. Na Amaltei panował stan prawie zupełnej nieważkości, co sprawiało ludziom wiele trudności. Naturalnie, człowiek w końcu oswaja się z tym, ale początkowo wydaje mu się, że całe ciało ma napełnione wodorem i że czyha ono tylko na okazję, by się uwolnić od butów. Szczególnie zaś trudno przyzwyczaić się do spania w tych warunkach.



3 из 289