
— Cóż robić, trzeba będzie dać.
— Dać! — wykrzyknął wujek Wahioga. — Oczywiście, trzeba dać. Tylko że ja nie mam stu ton chlorelli, a i jej potrzebny jest czas, by się rozmnożyła… Na pewno psuję wam apetyt, co?
— Nie, nie — sprzeciwił się dyrektor. Wydawało się, że w ogóle nie miał apetytu.
— Dość tego! — powiedział ktoś.
Dyrektor podniósł głowę i od razu spostrzegł zmieszaną minę Zojki Iwanowej. Obok niej siedział fizyk jądrowy Kozłów. Ci dwoje zawsze siadywali razem.
— Dość tego, słyszysz? — rozgniewał się Kozłów.
Zojka poczerwieniała i opuściła głowę. Przykro jej było, gdyż wszyscy zwrócili na nich oczy.
— Wczoraj podsunęłaś mi swój suchar — rzekł Kozłów. — 1 dziś znów mi podsuwasz ten swój nieszczęsny suchar.
Zojka milczała. Ze wstydu bliska była płaczu.
— Czego się na nią wydzierasz, ty koźle! — zawołał z drugiego końca jadalni fizyk atmosfery Potapow. — Zojeczko, po co dokarmiasz to zwierzę, lepiej daj tego suchara mnie. Zjem i na pewno nie będę na ciebie wrzeszczał.
— Nie, naprawdę… — Kozłów mówił już spokojniejszym tonem. — Przecież jestem zdrów, a ona powinna jeść więcej ode mnie.
— Nie masz racji, Wala — zaprotestowała Zojka, nie podnosząc głowy.
— Wujku Wałnoga, można jeszcze herbaty? — zapytał ktoś. Gdy Wałnoga wstał, Potapow zawołał przez całą jadalnię:
— Hej, Gregorze, zagramy po pracy?
— Zagramy — odrzekł Gregor.
— Znów sprawisz mu lanie, Wadimku — odezwał się ktoś.
— Po mojej stronie jest prawo prawdopodobieństwa! — oświadczył Potapow. Wszyscy się roześmiali.
Do jadalni zajrzała czyjaś zdenerwowana fizjonomia.
— Potapow tutaj? Wadia, burza na Jowiszu!
— No! — Potapow poderwał się z miejsca.
