William Tenn

Ludzki punkt widzenia

Co za droga! Co za ohydny, ponury, przesłaniający wszystko deszcz! I, na świętą pamięć Horacego Greeleya, co za idiotyczne, niewykonalne zadanie!

John Shellinger już nie raz przeklął zaparowaną przednią szybę, z której wycieraczka monotonnie zbierała krople deszczu. Wpatrywał się w ten ociekający wodą trójkąt szkła, próbując odgadnąć, gdzie kończy się wyboista wiejska droga, a gdzie zaczynają brunatne od jesiennych słot chaszcze. Może już minął sunącą powoli tyralierę żądnych krwi wieśniaków, którzy przetrząsali okolicę po obu stronach drogi. Może skręcił w jakąś boczną dróżkę i jechał przez odciętą od świata głuszę. Ale chyba raczej nie.

No, bo też dostał zadanie!

— Opisz to polowanie na wampira z ludzkiego punktu widzenia — polecił mu Randall. — Wszystkie inne agencje będą się rozpisywać o wieśniakach, o średniowiecznych zabobonach w epoce atomu. Niech sobie, tępe głupki, piszą! Ty zrobisz inaczej. Znajdziesz kogoś, kto będzie rozpaczał z powodu rozlewu krwi, i niech ci wyszlocha jakieś trzy tysiące słów. I nie szafuj forsą na prawo i lewo, z tej pipidówki nie zrobisz szlagieru na pierwszą stronę.

„No i trzeba było osiodłać swoją limuzynę — pomyślał Shellinger ponuro — i jechać na tę prowincję, gdzie w ogóle nikt nie chce rozmawiać z obcymi, zwłaszcza teraz, kiedy wampir rzucił się na trzech dzieciaków”. I każdy bał się powiedzieć, jak się te dzieci nazywały i czy któreś może przeżyło; Randall telegraficznie ponaglał go, żeby przysłał jakiś tekst; a on wciąż nie mógł znaleźć w całej okolicy nikogo chętnego do rozmowy. Nawet by nie wiedział o tej dzisiejszej wyprawie, gdyby go nie zastanowiło, gdzie się wybrali wszyscy mężczyźni z całej wioski w tak nieprzyjemny, deszczowy wieczór.

Samochodem rzucało na dwójce, ale nie mógł tędy jechać na innym biegu. Wyboje z kolei nie dawały chwili wytchnienia resorom. Shellinger starł chusteczką parę z szyby i zaczął żałować, że nie ma dodatkowych reflektorów. Prawie nic nie widział.



1 из 6