
Shellinger przycisnął twarz do przedniej szyby i próbował w nikłym świetle reflektorów odróżnić brunatne błoto drogi od chwastów po bokach.
— Ale droga! Twoi rodzice wybrali sobie dziewiczy teren. No więc wampira można zabić tylko srebrną kulą. Chyba że uda ci się przebić mu serce kołkiem i pochować o północy na rozdrożu. Ci ludzie tak zrobią, jeśli go dzisiaj złapią. — Odwrócił się, słysząc jej przerażone westchnienie. — O co chodzi, nie lubisz takich historii?
— To wstrętne — powiedziała z naciskiem.
— Dlaczego? A co ty byś chciała; żyj i daj innym żyć? Zastanowiła się przez chwilę, kiwnęła głową i uśmiech rozjaśnił jej twarz.
— Tak. Żyj i daj innym żyć. Żyj i daj żyć innym. Przecież… — Znów nie mogła dobrać właściwych słów. — Przecież to nie wina ludzi, że są tacy, jacy są. To znaczy — zaczęła mówić z wielkim namysłem. — jak na przkład ktoś jest wampirem, to co on może na to poradzić?
— Tu akurat masz rację, mała — przytaknął J znów zaczął wypatrywać drogi. — Kłopot tylko w tym, że gdy ludzie wierzą w coś takiego jak wampiry, to dla nich one nie są łagodne, lecz niebezpieczne. Jeśli ci ludzie we wsi mówią, że troje dzieci zabił wampir, to go nienawidzą i chcą zabić. Jeśli istnieją wampiry — a pamiętaj, że mówię „jeśli” — to z natury muszą robić tak straszne rzeczy, że każdy sposób pozbycia się ich jest dobry. Rozumiesz?
— Nie. Nie wolno nikomu przebijać serca kołkiem.
— Pewnie, że nie — zaśmiał się Shellinger. — Sam bym nigdy tego nie zrobił. Ale gdyby to mnie albo moją rodzinę napadł wampir, to chyba bym przełamał wrodzony wstręt i zrobił takie coś punktualnie o północy.
Urwał, bo przyszło mu do głowy, że to dziecko jest trochę za inteligentne jak na chłopską córkę. Wyglądało na to, że jeszcze nikt jej nie napchał głowy przesądami, a on ją karmi Poglądami Pana Shellingera na Czarną Magię. Nieładnie. Ciągnął więc bardziej rzeczowo.
