— Co twoi rodzice uprawiają, tytoń czy bawełnę?

— Jeszcze nic. Dopiero co się sprowadziliśmy.

— Aha. — Kiwnął głową. To by się nawet zgadzało: nie zaciągała gwarą. Tak właściwie to miała w sobie trochę więcej godności niż okoliczne dzieci. — Nie za późno na przechadzkę? Twoi rodzice nie boją się puszczać cię, kiedy wokół grasuje wampir?

Zadrżała. Po chwili szepnęła:

— Ja… ja jestem ostrożna.

Hej! — przyszło mu nagle do głowy. Masz swój ludzki punkt widzenia. To o tym marudził Randall. Mała wystraszona dziewczynka, na tyle ciekawa świata, żeby przełamać strach i chodzić sama po nocy. Jeszcze nie wiedział, do czego to dopasować, ale jego dziennikarski nos węszył niezły materiał. To się nadawało na artykuł; ludzki, osobisty punkt widzenia kulił się na brzeżku siedzenia w jego samochodzie.

— Wiesz, co to jest wampir?

Spojrzała na niego z lękiem, spuściła wzrok i szukała właściwego słowa.

— To… to jest ktoś, komu są potrzebni ludzie zamiast jedzenia. — Zawahała się przez chwilę. — Prawda?

— Tak — potwierdził. Niezłe. Kiedy potrzebne ci świeże spojrzenie, nie zepsute szkolnymi podręcznikami, zapytaj dziecko. To trzeba wykorzystać: „Ludzie zamiast jedzenia”. „Ludzie wierzą, że wampir jest nieśmiertelny, to jest żyje, dopóki wysysa krew i siłę z żywych ludzi. Jedyny sposób na zabicie wampira to…”

— Niech pan tu skręci.


Skierował samochód w wąskie odgałęzienie bocznej drogi. Było wściekle wąskie; mokre gałęzie tłukły o przednią szybę i tarły zeschłymi liśćmi o brezentowy dach. Co jakiś czas z drzew ulewą spływała nagromadzona pośród liści woda.



3 из 6