
Thorne uśmiechnął się z zadowoleniem.
— Podejrzewam, że ten zręczny manewr to twój pomysł.
Wzruszył ramionami.
— W pewnym sensie.
— Nie lepiej by było, gdybyśmy wiedzieli, o którego klona chodzi, żeby uniknąć wypadku, gdyby przyszło się nam stamtąd wycofać? Jeśli naszemu zleceniodawcy zależy na żywym klonie — a w ogóle zależy im, czy będzie żywy, czy martwy? Jeśli prawdziwym celem jest staruch, z którego go wyhodowano…
— Zależy im na żywym klonie. Ale… ze względów praktycznych załóżmy, że chodzi nam o wszystkie klony.
Thorne rozłożył ręce w geście przyzwolenia.
— Z mojej strony zgoda. — W oczach hermafrodyty rozbłysnął entuzjazm. Nagle komandor plasnął pięścią w otwartą dłoń. — Najwyższy czas, żeby ktoś odpowiednio potraktował te kanalie z Jacksona! Och, ale się szykuje zabawa! — Obnażył zęby w groźnym uśmiechu. — Jakiej pomocy możemy się spodziewać na Obszarze Jacksona? Jakieś zabezpieczenia?
— Nie licz na żadne.
— Hm. Co nam będzie przeszkadzać? Oczywiście, poza Bharaputrą, Ryovalem i Fellem.
Dom Fell zajmował się głównie handlem bronią. Co Fell mógł mieć z tym wspólnego?
— Wiem tyle, co ty.
Thorne zmarszczył brwi; widocznie nie była to typowa dla Naismitha odpowiedź.
— Ale mam dużo poufnych informacji na temat żłobka, które mogę ci przekazać w drodze. Słuchaj, Bel, chyba ci nie muszę ci mówić, co do ciebie należy. Ufam ci. Zajmij się logistyką i planami, a ja sprawdzę finał.
Thorne wyprężył się jak struna.
— W porządku. Ile dzieci wchodzi w grę?
— Bharaputra na ogół przeprowadza jeden taki przeszczep tygodniowo. Powiedzmy, że hodują jakieś pięćdziesiąt rocznie. W ostatnim roku życia klonów umieszcza się je w specjalnym budynku niedaleko kwatery głównej Domu, gdzie przechodzą ostatni etap przygotowań. Zabierzemy całoroczną partię. Pięćdziesiąt albo sześćdziesiąt klonów.
