
— Na pokład „Ariela”? Ciasno będzie.
— Chodzi o szybkość, Bel, szybkość.
— Tak. Chyba masz rację. Kiedy początek?
— Jak najszybciej. Każdy tydzień zwłoki kosztuje jedno niewinne życie. — Odmierzył tym zegarem ostatnie dwa lata. Jak dotąd zmarnowałem sto istnień. Sama podróż z Ziemi na Escobar kosztowała go tysiąc betańskich dolarów i cztery martwe klony.
— Rozumiem — rzekł ponuro Thorne. Wstał, odsuwając filiżankę. Przestawił krzesło do konsoli. — To dziecko czeka operacja, tak?
— Owszem. A jeśli nie ono, to inne ze żłobka.
Thorne zaczął stukać w klawisze.
— Co z funduszami? To przecież twoja działka.
— Za tę misję zapłacą przy odbiorze. Weź, ile będzie trzeba ze środków Floty.
— W porządku. Połóż tu dłoń, żeby potwierdzić wypłatę. — Thorne podsunął mu czytnik.
Bez wahania przyłożył do niego dłoń. Ku swemu przerażeniu ujrzał czerwony kod informujący o braku rozpoznania odczytu. Nie! Przecież musi się zgadzać, musi…!
— Cholerna maszyna. — Thorne trzepnął czytnikiem o blat stołu. — Bądź grzeczna. Spróbuj jeszcze raz.
Tym razem przyłożywszy dłoń, lekko ją skręcił; komputer przetrawił nowe dane, po czym wyświetlił błogosławioną akceptację. Są pieniądze. Uspokoił się szalony rytm serca.
Thorne wstukał więcej danych i rzucił przez ramię:
— Nie pytam, który oddział desantowy chcesz zabrać tym razem.
— Nie pytaj — odrzekł głucho. — Do dzieła, Bel. — Musi stąd wyjść, bo inaczej nie wytrzyma napięcia i maskarada wyjdzie na jaw mimo tak obiecującego początku.
— Chcesz tę samą kabinę co zwykle? — zapytał Thorne.
— Jasne. — Wstał.
— Chyba już niedługo… — Hermafrodyta zerknął na wskaźnik błyszczący wśród skomplikowanych wyświetlaczy logistycznych nad holowidowym talerzem konsoli. — Czytnik przy wejściu nadal jest zaprogramowany na ciebie. Połóż się. Wyglądasz na zupełnie wypompowanego. Wszystko jest pod kontrolą.
