
– Dzięki, Joe, bardzo mi pomogłeś. – Wręczyłem mu dziesięciodolarówkę. – To za informacje – dodałem. – Nie wydaj wszystkiego od razu.
W moim zawodzie tylko takie żarciki pozwalają człowiekowi nie zwariować.
***
Pozostał mi jeszcze jeden kontakt. Matka Gąska. Znalazłem budkę i wybrałem jej numer.
– Sklepik Matki Gąski – ciastka, ciasteczka i licencjonowana garkuchnia.
– Tu Paluch, Mamo.
– Tomcio? Nie mogę z tobą rozmawiać. To niebezpieczne.
– Przez pamięć dawnych czasów, słodziutka. Jesteś mi coś winna.
Dwóch marnych złodziejaszków włamało się kiedyś do Mamy i zabrało wszystko. Wytropiłem ich i zwróciłem jej ciastka i garnki.
– Zgoda, ale wcale mi się to nie podoba.
– Mamo, wiesz wszystko, co dotyczy jedzenia w tym mieście. Jakie znaczenie ma placek z dwudziestoma czterema tresowanymi kosami?
Zagwizdała głośno, przeciągle.
– Naprawdę nie wiesz?
Gdybym wiedział, nie pytałbym.
– Powinieneś częściej czytać rubrykę dworską, skarbie. Rany, wierz mi, to nie twoja liga.
– No, dalej, Mamo, wykrztuś to.
– Tak się składa, że to szczególne danie parę tygodni temu podano samemu Królowi… Tomcio, jesteś tam?
– Jestem, Mamo – odparłem cicho. – Nagle mnóstwo rzeczy nabrało sensu.
Odłożyłem słuchawkę.
Zaczynało wyglądać na to, że mały Tomcio Paluch natrafił na naprawdę soczysty placek.
Z nieba padał deszcz, zimny, niezmienny.
Wezwałem taksówkę.
Kwadrans później wyłoniła się, kopcąc, z ciemności.
– Spóźniłeś się.
– Złóż skargę w biurze promocji turystyki.
Wspiąłem się na tylne siedzenie, opuściłem szybę i zapaliłem papierosa. I pojechałem na spotkanie z Królową.
***
Drzwi wiodące do prywatnej części pałacu były zamknięte. To część, której publika nie widuje, ale ja nigdy nie należałem do publiki, a niewielki zamek okazał się żadną przeszkodą. Drzwi do prywatnych komnat, ozdobione wielkim czerwonym sercem okazały się otwarte, zapukałem zatem i wszedłem, nie czekając na odpowiedź.
