
Królowa Kier była sama. Stała przed lustrem. W jednej dłoni trzymała talerz ciasteczek, drugą pudrowała nosek. Obróciła się, ujrzała mnie i sapnęła głośno, upuszczając ciastka.
– Cześć, Króluniu – rzuciłem. – A może wolisz, że bym nazywał cię Jill?
Nawet bez blond peruki niezła z niej była lala.
– Wynoś się stąd – syknęła.
– Raczej nie, paniusiu. – Przysiadłem na łóżku. – Pozwól, że coś ci opowiem.
– Proszę. – Sięgnęła za siebie w stronę ukrytego guzika alarmu.
Pozwoliłem jej go nacisnąć. Po drodze przeciąłem przewody – w moim zawodzie nie ma czegoś takiego jak nadmiar ostrożności.
– Pozwól, że coś ci opowiem.
– Już to mówiłeś.
– Zrobię to po mojemu.
Zapaliłem papierosa. Wąska smużka błękitnego dymu poszybowała ku niebu. Wiedziałem, że ja także tam trafię, jeśli moje przeczucie okaże się błędne. Ale z wiekiem nauczyłem się ufać przeczuciom.
– Powiedz, co o tym sądzisz. Dumpty – Tłuścioch – nie był twoim bratem. Nie był nawet twoim przyjacielem. W rzeczywistości cię szantażował. Wiedział o twoim nosie.
Zbielała bardziej niż większość trupów, które zdarzyło mi się oglądać. Uniosła dłoń, zakrywając świeżo upudrowany nosek.
– Widzisz, od wielu lat znam Tłuściocha. Dawno, dawno temu nieźle zarabiał, tresując zwierzęta i ptaki i zlecając im różne ciemne sprawki. Toteż pomyślałem sobie… Ostatnio miałem klienta, który się nie zgłosił, bo wcześniej ktoś go załatwił. Doktor Ojboli, dawny weterynarz, obecnie chirurg plastyczny. Według oficjalnej wersji usiadł za blisko ognia i się stopił.
Przypuśćmy jednak, że zabito go, by nie zdradził nikomu czegoś, o czym wiedział. Dodałem dwa do dwóch i zgarnąłem pulę. Zrekonstruujmy całą scenę: byłaś w ogrodzie – pewnie wieszałaś pranie – gdy zjawił się kos, jeden z tresowanych ptaków Dumptyego z placka, i oddziobał ci nos.
