— Ponieważ… cóż, wydaje mi się, że świat ukrytych pragnień jest dla każdego na swój sposób święty. Proszę się nie obrażać… Jak pan sądzi, uda się kiedyś zrobić tak, żeby to było na stałe? Chodzi mi o wybór świata.

Starzec wzrusrył ramionami.

— Staram się. Jeśli mi się powiedzie, usłyszy pan o tym. Wszyscy usłyszą.

— Tak. Myślę, że tak.

Pan Wayne rozpakował paczkę, którą trzymał i wyłożył na stół jej zawartość: parę butów wojskowych, nóż, dwa zwoje miedzianego drutu i trzy małe puszki solonej wołowiny.

Tompkinsowi na moment zabłysły oczy.

— Całkiem zadowalające — powiedział. Dziękuję.

— Do widzenia — pożegnał się pan Wayne. — To ja dziękuję.

Opuścił statek i pośpiesznie szedł dróżką wśród gruzów. Wszędzie wokół, jak daleko sięgał wzrokiem, leżały pola brązowych, szarych i czarnych gruzów. Te pola, rozciagające się po horyzont w każdym miejscu na Ziemi, powstały z powykręcanych trupów miast, roztrzaskanych na kawałki drzew i doskonale białego prochu, który niegdyś był ludzkimi ciałami i kośćmi.

— No cóż — powiedział do siebie-przynajmniej odpłaciliśmy pięknym za nadobne.

To cofnięcie się o rok kosztowało go wszystko, co posiadał, a na dodatek dobre dziesięć lat życia. Czy to był sen? Nawet jeśli, i tak warto było. Ale teraz musi już przestać myśleć o Janet i dzieciach. Minęło, chyba że Tompkins ulepszy swój proces. Teraz musi pomyśleć o sobie.

Za pomocą umocowanego na nadgarstku licznika Geigera odnalazł w gruzach zdeaktywowaną ścieżkę. Powinien dotrzeć do baraku przed zmierzchem, zanim wychyną szczury. A jeśli się nie pośpieszy, może nie zdążyć na wieczorną porcję ziemniaków.



8 из 8