
Tiril ze zdumieniem potrząsała głową i uśmiechała się. na ogól nie interesował się jej snami. Nie potrafiłaby sobie w ogóle przypomnieć, czy przychodził kiedykolwiek do jej pokoju, w każdym razie nie leżało w jego zwyczaju życzyć jej dobrej nocy od czasu, gdy była całkiem malutka.
Pełen napięcia nastrój w domu stał się dla niej już tak trudny do zniesienia, że gotowa była potraktować to wydarzenie z nadzieją, że może coś zmieni się na lepsze. Zwłaszcza że głęboko zapadły jej w serce słowa, które kiedyś wypowiedziała matka: „To nie są moje córki. Czyż ta młodsza jest choć trochę do mnie podobna?”
To była prawda. Tiril nie miała w sobie nic, co by ją czyniło podobną do starszej siostry Carli czy do matki. Nie miała też w sobie nic z ojca. Uważała zresztą, że w miarę upływu czasu jego twarz coraz bardziej przypomina rybi pyszczek. Wyglądał jak ryba z tymi wyliniałymi wąsami i rzadkim zarostem, a także coraz większymi problemami, by zapiąć krótki tużurek na wydatnym brzuchu. Godność była dla niego sprawą tym ważniejszą, im mniej jej pozostawało. Robił się coraz bardziej zgorzkniały i złośliwy.
Nie, Tiril nie była podobna do żadnego z nich.
Świadomość tego stanowiła dla dziewczynki niemałą pociechę. Często „dyskutowała” o tych sprawach z Nerem.
– Zastanawiam się, Nero, kim byli moi prawdziwi rodzice.
Pies słuchał swojej pani uważnie i patrzył jej w oczy poważnymi ślepiami, aż zaczynała się uśmiechać.
– Z pewnością byli niewysokiego wzrostu i mieli takie kanciaste figury jak ja – śmiała się. I znowu oboje z Nerem odzyskiwali znakomity humor. – Myślę, że byli wędrownymi kuglarzami, co ty na to? Kuglarze zawsze są radośni. A jacy zręczni! Potrafią wykonać salto mortale.
