
– Jestem dobrym człowiekiem, chrześcijaninem! – krzyknął, a wiatr ciął go przez twarz strugami deszczu. – Odmawiam pacierz rano i wieczorem, przy stole dziękuję Bogu za jego hojne dary, chodzę do kościoła w każdą niedzielę i nie szczędzę datków na tacę. Nic ci do mnie, duchu ciemności! Postępuję lepiej niż większość ludzi, nie jestem grzesznikiem.
Milczenie. Poryw wichru omal go nie przewrócił.
Co za przeklęta ciemność! Czarno niczym w worku. Bardziej się domyślał, niż widział, że ktoś przed nim stoi.
Człowiek.
Niemożliwe, to niemożliwe, tutaj nikogo nie może być.
Musiał wyciągać ręce, żeby nie paść ofiarą wichru. Serce waliło jak młotem, jęczał cicho i w najwyższym pośpiechu odmawiał „Ojcze nasz”, zbierało mu się na wymioty i czuł, że znalazł się w obliczu śmierci.
A co będzie, jeśli to Śmierć przyszła po niego? Jeśli siedzi tu i czeka?
Nie, cóż za głupstwa, nie jest już co prawda młody, ale też i nie taki stary. Wszyscy uważają go za człowieka ze stali, kogoś, kogo nic na świecie nie jest w stanie złamać.
– Odezwij się! – zawołał buńczucznie i natychmiast pożałował tych słów.
Tuż przed nim podniósł się z ziemi ogromny cień. Człowiek chciał się cofnąć, ale przecież za plecami miał otchłań.
– Nie! – wykrztusił piskliwie. – Ty? Nie, nie! Tylko nie ty! – Próbował się o coś oprzeć, ale niczego nie znalazł. – Panie Jezu Chryste, pomóż mi… Zabierz ode mnie tę ohydę!
Cień podchodził coraz bliżej, napierał. Otchłań czekała.
Wszystko to jednak wydarzyło się bardzo dawno temu.
– O, jaki dziwny księżyc – szepnęła Christa, a oczy jej rozbłysły. – Magiczna, czarodziejska noc, sprzysiężenie wszystkich złych mocy!
Stała przy oknie i przyglądała się niezwykłemu zjawisku. Po raz pierwszy w życiu widziała taki idealny krąg wokół księżyca. Jak gdyby wieniec rozproszonego światła we wszystkich kolorach tęczy otaczał bladą, magiczną tarczę.
