Christa była chyba jedną z najbardziej romantycznych istot wśród Ludzi Lodu. Żyła w świecie mitów i fantazji, do którego przenosiła wszystkich dobrych i miłych ludzi z rzeczywistości. Nigdy u żadnej żywej istoty nie dostrzegała zła. Zło było zarezerwowane dla tych tajemniczych stworów, które zamieszkują świat niedostępny ludzkim oczom.

Zdumiewająco podobne były do siebie te kobiety z Ludzi Lodu, poczynając od Anny Marii, poprzez jej córkę Sagę i wnuczkę Sagi Vanję, aż po córkę Vanji – Christę. Delikatne, piękne i łagodne kobiety o prostych włosach, wdzięcznych sylwetkach i smutnym usposobieniu. Christa, oprócz tego że była największą romantyczką, była też pośród nich najpiękniejsza i chyba najbardziej naiwna. Jeśli nie będzie się mieć na baczności, łatwo może się stać bezbronną ofiarą pozbawionych sumienia ludzi.

Wszystkie te kobiety bardzo pociągały twardych, silnych mężczyzn.

– Christa?

Słaby starczy głos wdarł się delikatnie i jakby przepraszająco w jej rozmyślania.

Musiało minąć kilka chwil, nim była w stanie oderwać się od widoku księżyca na wieczornym niebie. Dzisiaj księżyc rozjaśniał mrok jakimś chorobliwym, rozedrganym blaskiem. Na ziemi kładły się niesamowite cienie. To straszne, jakby jakieś ostrzeżenie, myślała Christa. Niesamowita noc.

Jakby księżyc chciał mi coś powiedzieć, przemknęło jej przez głowę jednocześnie z tyleż pokornym, co nie znoszącym sprzeciwu wołaniem: „Christa?”, które rozległo się ponownie w sąsiednim pokoju.

Niechętnie odwróciła się od okna, bo zdawało jej się, że nie powinna zrywać tego niezwykłego kontaktu z księżycem, i weszła do salonu. Chriście nie przyszło do głowy, żeby zapytać: „No i co tam znowu?” Takie opryskliwe zachowanie nie było w jej stylu.

– Tak, ojcze, słucham.

Frank Monsen siedział w wygodnym fotelu z nogami owiniętymi ciepłym pledem. Na tle bladej twarzy odcinał się jego duży, czerwony nos, jakby stale zakatarzony. Frank wyglądał tak staro, że mógłby być raczej dziadkiem dziewczyny niż jej ojcem.



3 из 194