
– Chciałbym cię prosić o trochę cieplejszą kawę… to okropne, że cię niepokoję, ale…
– Oczywiście – powiedziała chętnie i przyniosła dzbanek.
Żylasta, drżąca ręka wyciągnęła się po filiżankę.
– Dziękuję ci, kochanie. Tak się o mnie troszczysz! Co ja bym bez ciebie zrobił?
Christa przyglądała mu się zamyślona. Biedny ojciec, jest tyle młodszy od Henninga z Lipowej Alei, a przecież to już wrak.
I tak było zawsze, jak daleko Christa sięga pamięcią. Zawsze rozgoryczony, zawsze oczekujący współczucia. I otrzymywał go od córki bardzo wiele. Stracił przecież zdrowie na Wschodzie wiele, bardzo wiele lat temu.
Christa jakoś nigdy nie pomyślała, że Frank poddał się zbyt szybko. Że po prostu usiadł w tym fotelu i cierpiał, nieustannie przepraszając, że sprawia innym kłopot. Zmiany zachodziły w nim stopniowo, niemal niedostrzegalnie. Bo przecież dawniej przynajmniej wychodził z domu. Zabierał córkę na spotkania swojej sekty, tak zwanego wolnego kościoła, by i ją wciągnąć w to, co stanowiło treść jego życia. Odprowadzał nawet Christę do szkoły i przychodził po nią po lekcjach, nie spuszczał z dziewczynki czujnego ojcowskiego wzroku…
Z biegiem lat jednak coraz mniej się o nią niepokoił, coraz mniej się lękał, że może ją stracić. A może działo się odwrotnie? Może to ona dorastała i więcej zajmowała się domem? Trudno ocenić, czy Frank stawał się spokojniejszy, czy bardziej podejrzliwy. Christa w każdym razie się nad tym nie zastanawiała, przyjmowała ufnie wszystko, co Frank mówił lub robił. Nigdy nie przyszło jej do głowy, że to, co odbierała jako jego miłość, jego troskę o nią, tak naprawdę wypływało z jego despotyzmu.
Wprost przeciwnie, często myślała zmartwiona: To miło z jego strony, że nazywa mnie ślicznym dzieckiem, ale czy tak jest naprawdę? Każdy ojciec pewnie tak myśli, ale co myślą inni? Nie mam kogo zapytać, a poza tym chyba nie pyta się o takie rzeczy, ale tak bym chciała wiedzieć!
