W ten sposób określił działalność kopalni, dla niego musiało to być zajęcie dodatkowe.

Ale jego śmiech, kiedy to powiedział; śmiech, który wyrażał i skrępowanie, i dumę, był rozbrajający. On zaś, niemal jednym tchem, mówił dalej:

– Bywam tutaj tylko od czasu do czasu, żeby sprawdzić, czy koła się kręcą; właśnie za chwilę wyjeżdżam do miasta. Czekałem tylko na ciebie, żeby się z tobą przywitać. Ale mój kancelista się tobą zajmie. Nilsson! – krzyknął w stronę sąsiedniego pokoju.

Anna Maria zjeżyła się. Teraz przyjdzie ten, który nie życzy tu sobie żadnej mamzeli. Ten, którego Adrian nazwał Kol czy jakoś tak…

– Pan dyrektor mnie wołał? – odezwał się usłużny głos i do pokoju wkroczył przerośnięty cherubin w czarnym urzędniczym ubraniu i długich białych zarękawkach. Nie, pomyślała Anna Maria. To nie był on.

Przybyły podjął próbę przygładzenia swoich anielskich włosów, co mu się, niestety, nie udało, loki sterczały na wszystkie strony. Prawdopodobnie starał się naśladować modną fryzurę Adriana z małymi loczkami nad czołem i na skroniach. Kędziory Nilssona układały się dokładnie odwrotnie, więc rezultat był komiczny. Obaj panowie nosili wysokie sztywne kołnierzyki, którym prości ludzie nadali nazwę ojcobójców. To musi być okropnie niewygodne, pomyślała Anna Maria.

– Nilsson – powiedział swoim lekko zdyszanym głosem Adrian. – Pokażesz Annie Marii Olsdotter wszystko, co trzeba, dobrze? Ja muszę się już spieszyć.

Nilsson skłonił się i naprężył tak, że szwy przyciasnawego żakietu zatrzeszczały ostrzegawczo. Pospiesznie strzepnął z ubrania okruchy placka.

– Naturalnie, panie dyrektorze, naturalnie! Pan dyrektor może na mnie Polegać!



16 из 206