
Adrian Brandt zaczął się żegnać.
– Nilsson wszystko załatwi. Gdybyś czegoś potrzebowała, zwracaj się do niego. Ja przyjadę pod koniec tygodnia z matką i dwiema siostrami. Lubią czasami odpocząć trochę na wsi.
I poszedł.
Czuła się nieco urażona. Uważała, że mógłby jej poświęcić więcej czasu. Ale widocznie nie zrobiła na nim wielkiego wrażenia wtedy, sześć lat temu, w każdym razie nie było to wrażenie tak wielkie jak to, które on pozostawił w jej dziecięcej duszy.
– Dyrektor Brandt trzyma wiele srok za ogon – uśmiechnął się Nilsson tak szeroko, jak mu na to pozwalały pyzate policzki. – wszystkie sprawy tutaj zostawia mnie, rzecz jasna.
Wytrzeszczał na nią oczy jak sowa, końcem języka oblizywał pospiesznie po dziecięcemu wydęte wargi.
– Chciałabym zobaczyć swój pokój – powiedziała tak miło, jak tylko mogła. – I bardzo bym też chciała się dowiedzieć, gdzie jest szkoła.
– Oczywiście, oczywiście! Proszę ze mną!
Wziął pęk kluczy z biurka i potrząsał nimi z ważną miną.
– Pani naprawdę potrafi uczyć? – zapytał tym swoim jakby naoliwionym głosem. – Panienka sama wygląda jak uczennica.
Anna Maria określała jego wiek na jakieś trzydzieści pięć lat. Taki przerośnięty kościelny anioł, który pociesza się ciastkami i innymi niezdrowymi smakołykami. Jak go na to stać przy skromnej urzędniczej pensji? Ale złości w nim nie ma, pomyślała.
Później będzie musiała zmienić zdanie.
Wyszli na dwór. Nilsson dźwigał jej kuferek, czego się, szczerze mówiąc, nie spodziewała. Kiedy zamykał drzwi na klucz, opowiedziała mu w skrócie, jakie ma wykształcenie, po czym poszli w stronę domów mieszkalnych.
– Gdzie będę mieszkać?
– U Klary Andersdotter. Trzeci dom z tamtej strony. Klara ma prawo mieszkać w Martwych Wrzosach, bo pierze dla górników. Ale jej mąż, który tu pracował, uciekł od niej z żoną Kulawca, więc Klara powinna opuścić mieszkanie. Ponieważ jej chłop nie pracuje w kopalni.
