
Rybacy w Martwych Wrzosach się nie osiedlili. Na połowy morze tutaj było zbyt gwałtowne, a wody przybrzeżne jeżyły się mnóstwem podstępnych skał i szkierów, czających się tuż pod powierzchnią. Osady rybackie leżały wiele mil stąd.
Wiosną wrzosowiska były piękne, rozciągały się tu widoki, do których, kto raz je zobaczył, będzie już zawsze tęsknił. Intensywnie zielona trawa i nadbrzeżne kwiaty na niezmierzonych przestrzeniach pod błękitnym niebem, ptaki przecinające rozległe przestworza. Pod koniec lata zdarzała się taka pora, kiedy wrzosowiska płonęły rdzawo i liliowo. To kwitły wrzosy. Nieco później jednak kwiaty opadały, wrzosowiska przybierały barwę popiołu, szarpane sztormami morze pieniło się białymi grzywami fal i ziemię okrywał mrok. Wtedy wydawało się, że Martwe Wrzosy to miejsce złe. Ludzie kulili się w swoich małych domkach ukrytych za skałami i prosili Boga, by ich ochraniał przed wściekłością żywiołów.
Do tego miejsca pomiędzy morzem a wielkimi borami przybyła w roku 1815 potomkini Ludzi Lodu. Była to Anna Maria, córka Oli Olovssona, jedyna wnuczka Ingeli.
Urodziła się we wrześniu 1796 roku we dworze Skenas, parafii Vingaker.
Ojciec Anny Marii, Ola, z lękiem wpatrywał się w twarzyczkę nowo narodzonej dziewczynki, czy nie dostrzeże w niej cech znamionujących obciążenie dziedzictwem zła. Niczego takiego jednak się nie dopatrzył. Buzia dziecka była ładna, rysy regularne, a kiedy kilka dni później na dobre otworzyła oczy, okazały się one takie same, jak zwykle u noworodków. Może trochę większe i trochę bardziej zdziwione tym ogromnym, jasnym światem wokół.
Włosy tworzyły śliczny, mokry kosmyk na czubku główki noworodka i nie były ciemniejsze niż u innych dzieci. Rączki małej, nóżki, ramionka… wszystko było pięknie ukształtowane.
Ojciec odetchnął z ulgą.
Nigdy jednak nie można być całkowicie pewnym. Jego rodzony wuj, Solve Lind z Ludzi Lodu, także z początku wydawał się normalny. Podobnie Trond, członek rodu z dawnych czasów. W obu jednak zło dotkniętych ujawniło się w późniejszym życiu.
