
– Tak. Dzień był taki denerwujący. Nowe miejsce, nowi ludzie.
– Panienka jest okropnie młoda.
– Mam dziewiętnaście lat. Ale już od dawna jestem sama i jakoś sobie radzę.
– I jest panienka trochę za ładna. Może tu być sporo chętnych do dotrzymywania panience towarzystwa.
– Tutaj? – zdziwiła się Anna Maria zaskoczona. – Ależ na mnie jeszcze żaden chłopiec nie spojrzał dwa razy!
Klara popatrzyła na nią sceptycznie, żeby się przekonać, czy jej lokatorka jest taka skromna, czy tylko udaje. Anna Maria jednak wyglądała całkiem niewinnie.
Gospodyni poszła przygotować posiłek, a Anna Maria zaczęła wypakowywać swój dobytek. Garnuszki z konfiturami dobrze zniosły podróż, Bogu dzięki! Starannie układała swoją piękną bieliznę w szufladach komody ze źle heblowanych desek, mocno pachnących proszkiem do szorowania. Na komodzie poustawiała osobiste drobiazgi, które miały stworzyć w pokoju przytulny nastrój, uczynić go bardziej domowym – nieduży haftowany obrusik, srebrny grzebień i oprawioną w srebro szczotkę do włosów, które dostała w dniu konfirmacji, inkrustowaną szkatułkę z przyborami do szycia. Wszystko przypominało jej czas, który minął, i tych, których utraciła…
Odwaga zaczynała opuszczać Annę Marię. Tutaj, w tym obcym, surowym pokoju opadła na łóżko i wpatrywała się w miniaturowe portreciki rodziców, oba w ozdobnej drewnianej ramce.
Powrócił dawny ból. Ten ból, który odczuwała od wielu miesięcy, choć ostatnio podróż i związane z nią podniecenie trochę go przygłuszyły.
Ogarnęło ją znowu poczucie samotności. Takiej bezgranicznej, która wypływa z najgłębszych zakamarków duszy i która nie ma nic wspólnego z tym, czy otaczają nas ludzie, czy nie.
– Boże – szeptała. – Boże kochany, jak zdołam zdziałać jeszcze coś dobrego? Na wszystko jest już przecież za późno! I co ja robię tutaj? Nad tym morzem, gdzieś na krańcach świata? Jak mogłam uwierzyć, że zdołam uciec od wyrzutów sumienia? Jakie to głupie, jakie krótkowzroczne! Nie można przecież uciec od samego siebie!
