
Proszę pana, ja mogę siedzieć na podłodze, mogę stać… ja muszę dojechać dzisiaj do Szczytna, proszę…
W tym momencie chłopak w zielonej kurtce stanął przy kierowcy i, podając mu swój bilet, powiedział:
To może ja pojadę dzisiaj na działki, a pan weźmie tę panią. Niech pan otworzy bagażnik, żebym mógł zabrać bagaż. Kierowca spojrzał na niego rozdrażniony i, nie wyjmując papierosa z ust, podniesionym głosem skomentował:
Panie, trzeba wiedzieć, co się chce. Ja muszę teraz przewalać cały bagaż, żeby wyciągnąć pana towar. Cholera, dżentelmen się znalazł… Chłopak odwrócił się plecami do kierowcy i, patrząc jej w oczy, powiedział cicho:
Nie zwracaj na niego uwagi. Masz miejsce przy środkowym wejściu. Ja mogę pojechać jutro. Na mnie nikt nie czeka.
Ale… Dlaczego? Ile kosztował bilet? Proszę, powiedz. Zaczekaj!
Nie słuchał. Odwrócił się i odszedł.
Spotkała go dwa miesiące później. Zupełnie przypadkowo. Ojciec dał jej pieniądze na komputer. Dwa razy więcej niż potrzebowała. Odkąd wyprowadziła się z domu – jeszcze na długo przed rozwodem rodziców – miała uczucie, że chciał wynagrodzić jej to, że nie ma go pod tym samym adresem. Że ją „zostawił”. Jak gdyby chciał zmazać winę, której tak naprawdę wcale nie było. Nigdy nie uważała, że ją zostawił. Był dla niej zawsze. Pod „tym samym adresem” i pod wszystkimi innymi. Jeśli wyjeżdżał na dłużej niż jeden dzień, natychmiast dzwonił, aby podać jej numer telefonu, pod którym będzie osiągalny.
Czasami rozmawiała o tym z Magdą, przyjaciółką ze stancji. Starsza od niej o sześć lat, „emerytowana studentka”, jak się czasami nazywała, rozpoczęta studia, gdy jej rówieśnicy je kończyli.
