
A ja, nie złożywszy mu ukłonu, lecz tylko patrząc Nan krótką chwilę bardzo gwałtownie, żeby zapamiętać jego twarz, ciemnoskośną przy ustach, bo ich kąt grymasem znużenia podgięła biała blizenka, wpijając się oczami w te usta, okręciłam się na pięcie, aż zaszumiała krynoliną i poszłam dalej. Wtedy dopiero spojrzał na mnie i poczułam doskonale ten wzrok przelotny, zimny, a taki zwężony, jakby miał niewidzialną fuzję u policzka i muszką jej celował w mój kark, między rulony złotych pukli, i to był drugi początek. Nie chciałam się odwrócić, lecz uczyniłam to i pochyliłam się w niskim, bardzo niskim dygnięciu, unosząc oburącz krynolinę, jak gdyby wchodząc poprzez jej sztywność w blask posadzki, bo to był król. Potem odeszłam wolno, zastanawiając się nad tym, skąd wiem to tak dobrze i na pewno, a też bliska zrobienia czegoś niestosownego, bo skoro nie mogłam wiedzieć, a wiedziałam, w sposób natarczywy i bezwzględny, wzięłam wszystko za sen, a cóż znaczy we śnie — chwycić czyjś nos? Przelękłam się odrobinę, bo nie udało mi się tego uczynić, jakbym miała w sobie niewidzialną granicę. Tak się wahałam, idąc bezwiednie, pomiędzy przekonaniem o jawie i o śnie, a zarazem wpływała we mnie wiedza, po trosze jak fale wpływają na brzeg i każda fala pozostawiała we mnie nowe powiadomienie, tytuły jak utkane z koronek; w połowie sali. pod rozjarzonym kandelabrem, szybującym jak statek w ogniu, już znałam wszystkie miana dam, których zużycie wspierał troskliwy kunszt.
Wiedziałam już tak wiele, jak dobrze ocknięty z koszmaru, ale pamiętający go jeszcze z ociąganiem, i to, co zostawało mi niedostępne, rysowało się w mym umyśle jak dwa zaćmienia — przeszłości mojej i teraźniejszości, bo wciąż jeszcze nie znałam ani trochę siebie. Czułam za to już w pełni moją nagość, piersi, brzuch, uda, szyję, ramiona, niewidzialne
