
A ja wciąż jeszcze dwóch rzeczy nie wiedziałam, aczkolwiek pojmowałam, choć niejasno jeszcze, że one są najważniejsze. Nie rozumiałam, czemu król nie popatrzał na mnie przechodzącą, czemu nie chciał mi spojrzeć w oczy, choć ani się nie lękał mojej urody, ani jej pożądał, owszem, wyczułam, że jestem mu wprawdzie cenna, lecz w niewysłowiony sposób, jak gdyby za nic mię miał samą, jakbym była dla niego kimś spoza tej sali wyiskrzonej, nie stworzona do tańca po lustrzanych od wosku parkietach, ułożonych w intarsje wielobarwne, pomiędzy kutymi w spiżu herbami nadproży, lecz gdy go mijałam, nie powstała w nim ani jedna z myśli, w których mogłabym się dokopać woli królewskiej, a kiedy posłał za mną wzrok przelotny i niedbały, lecz sponad niewidzialnej lufy, pojęłam to nawet, że nie we mnie mierzył bladym okiem, które domagało się ukrycia za ciemnymi szkłami, bo oczy te nie udawały niczego, inaczej niż dobrze ułożona twarz, i tkwiły w tłumnej wytworności jak ostatek brudnej wody w miednicy. Nie, jego oczy były jakby czymś już dawno wyrzuconym, co trzeba chować, co nie znosi dnia.
