
Przed Agnes panowała ciemność, a równocześnie niemal oślepiały ją światła. Tuż za krawędzią sceny wielkie płaskie świece pływały w długim korycie z wodą; dawały mocny, żółty blask, całkiem niepodobny do lamp naftowych w domu. Za światłami czekała widownia, niczym paszcza wielkiej i bardzo głodnej bestii.
Gdzieś spoza świateł odezwał się głos.
— Kiedy tylko będziesz gotowa, panienko.
Nie był to jakiś szczególnie nieprzyjazny głos. Chciał tylko, żeby wreszcie zaczęła, odśpiewała swój kawałek i sobie poszła.
— Bo ja mam taką, no… taką piosenkę, i ona…
— Oddałaś nuty pannie Proudlet?
— Eee… Właściwie to nie ma akompaniamentu, ona…
— Aha, to piosenka ludowa. Tak?
W ciemności rozległy się szepty i ktoś zaśmiał się cicho.
— Zaczynaj więc… Perdito, tak?
Agnes zaczęła piosenkę o jeżu, ale już około siódmego słowa zdała sobie sprawę, że nie był to dobry wybór. Potrzebna jest oberża i rechoczący ludzie, którzy walą kuflami w stoły. Ta wielka jasna pustka wsysała głos, przez co wydawał się piskliwy i słaby.
Przerwała na końcu trzeciej zwrotki. Czuła, jak rumieniec okrywają gdzieś od wysokości kolan. Potrwa jeszcze chwilę, zanim dotrze do twarzy, gdyż musi objąć dużą powierzchnię skóry, ale wtedy cała już będzie różowa jak truskawka.
Słyszała szepty. Wśród nich wybijały się takie słowa jak „timbre”, a potem — co wcale jej nie zdziwiło — nadbiegło „imponująca budowa”. Miała imponującą budowę, wiedziała o tym. Podobnie gmach Opery. Nie musiała być z tego powodu szczęśliwa.
Odezwał się głos:
— Nie kształciłaś się, moja droga. Prawda?
— Nie.
To była prawda. Jedyną poza Agnes wartą uwagi śpiewaczką w Lancre była niania Ogg, której podejście do piosenek można określić jako czysto balistyczne: należy wymierzyć głos w koniec zwrotki i ruszać.
