
Teraz, kiedy oczy przyzwyczaiły się do półmroku, rozpoznawała sylwetki ludzi odwracających się w fotelach. Byli wyraźnie zdumieni.
— Mówiłaś, że jak się nazywasz, moja droga?
Głos, który w pewnym momencie zdradzał ślady lekceważenia, teraz brzmiał jak pokonany.
— Ag-Per… Perdita — odparła Agnes. — Perdita Nitt. Perdita X… Nitt.
— Być może, trzeba będzie coś zrobić z tym Nitt, moja droga.
Drzwi chaty babci Weatherwax otworzyły się same.
Jarge Tkacz zawahał się. Oczywiście, jest przecież czarownicą. Ludzie uprzedzali go, że takie rzeczy się zdarzają.
Nie lubił tego. Ale nie lubił też swojego krzyża, zwłaszcza kiedy krzyż jego nie lubił. Nie jest łatwo, gdy atakuje człowieka jego własny kręgosłup.
Wszedł wolno, krzywiąc się i podpierając dwoma laskami.
Czarownica siedziała w fotelu na biegunach, odwrócona plecami do drzwi.
Jarge wahał się.
— Wejdź, Jarge Tkaczu — odezwała się babcia Weatherwax. — Dam ci coś na ten twój bolący grzbiet.
Szok sprawił, że Jarge spróbował się wyprostować, a to z kolei spowodowało wybuch czegoś rozpalonego do białości w okolicach krzyża.
Babcia Weatherwax przewróciła oczami i westchnęła.
— Możesz usiąść?
— Nie, psze pani. Ale mogę upaść na stołek.
Babcia wyjęła z kieszeni fartucha niewielką czarną buteleczkę. Potrząsnęła nią energicznie. Jarge szerzej otworzył oczy.
— Miała to pani już gotowe?
— Tak — potwierdziła szczerze babcia.
Już dawno pogodziła się z faktem, że ludzie oczekują czegoś lepkiego i dziwnie zabarwionego. Choć to nie lekarstwo załatwiało sprawę, ale raczej — w pewnym sensie — łyżka.
— To mieszanina rzadkich ziół i różnych takich — wyjaśniła. — W tym sukrozy i akwy.
— Coś takiego… — Na Jarge wywarło to spore wrażenie.
