
Pokój był mały. Właściwie była to połówka małego pokoju, gdyż przedzielono go cienką ścianką. Młodsze chórzystki w Operze stały jeszcze niżej niż zmieniający dekoracje uczniowie maszynistów.
W pokoju znalazło się dość miejsca na łóżko, szafę, garderobę i — całkiem tu nie na miejscu — wielkie lustro, duże jak drzwi.
— Imponujące, prawda?! — stwierdziła Christine. — Próbowali je wynieść, ale jest chyba wmurowane. Na pewno bardzo się przyda!!
Agnes nie odpowiadała. W swojej połówce pokoju — drugiej części tego tutaj — nie miała lustra. I była z tego zadowolona. Nie uważała luster za obiekty z natury przyjazne. Nie chodziło tylko o pokazywane obrazy. Było w lustrach coś… coś niepokojącego. Zdawało się, że na nią patrzą. Agnes nie znosiła, gdy ktoś na nią patrzył.
Christine stanęła w niewielkiej pustej przestrzeni na środku podłogi i okręciła się dookoła. Obserwowanie jej było przyjemnym zajęciem. Zdawała się skrzyć. Coś w niej sugerowało cekiny.
— To miło, prawda?! — powiedziała.
Nie lubić Christine to jakby nie lubić małego puchatego zwierzątka. Na przykład królika. Z pewnością niemożliwe było dla niej objęcie umysłem całej jednej myśli naraz. Musiała ją dzielić na mniejsze kawałki.
Agnes zerknęła w lustro. Odbicie patrzyło na nią. Przydałaby się jej teraz chwila samotności. Wszystko wydarzyło się tak prędko… A to miejsce jakoś ją niepokoiło. Wolałaby mieć chwilę tylko dla siebie.
Christine przestała się kręcić.
— Dobrze się czujesz?!
Agnes przytaknęła.
— Opowiedz mi coś o sobie!!
— Ja… tego… — Mimowolnie poczuła wdzięczność. — Pochodzę z takiego kraiku w górach, o którym pewnie nigdy nie słyszałaś…
Urwała. W głowie Christine ktoś przekręcił wyłącznik i światło zgasło. Agnes zdała sobie sprawę, że pytanie zostało zadane nie dlatego, by Christine chciała się czegokolwiek dowiedzieć, ale po prostu by przerwać milczenie. Mówiła dalej…
