— Tak!

— Niech pan zaczeka, aż pan dojdzie do Nakrapianego Ptaszka.

— Moja babcia piekła kiedyś Nakrapianego Ptaszka.

— Nie według tego przepisu — oświadczył Kozaberger z absolutnym przekonaniem.

Cropper przerzucał kartki.

— Do licha! Myśli pan, że coś z tego naprawdę działa?

— A kogo to obchodzi? Proszę iść zaraz do gildii i zatrudnić wszystkich wolnych grawerów. Najlepiej tych w starszym wieku.

— Ale nie skończyłem jeszcze przepowiedni na grune’a, czerwiec, lipiec i spune’a do przyszłorocznego almanachu…

— To nieważne. Proszę wykorzystać stare.

— Ludzie zauważą.

— Nigdy dotąd nie zauważyli. Zna pan przecież ten układ. Niezwykłe deszcze curry w Klatchu, zadziwiająca śmierć szeryfa Ee, plaga szerszeni w Howondalandzie. To jest ważniejsze.

Pan Kozaberger raz jeszcze spojrzał niewidzącym wzrokiem przez okno.

— O wiele ważniejsze.

Śnił sen wszystkich tych, którzy wydają książki. Ten, w którym miał w kieszeniach tyle złota, że musiał zatrudniać dwóch ludzi, by podtrzymywali mu spodnie.


Przed Agnes Nitt wyrastał potężny, zdobiony kolumnami, pełen gargulców front gmachu ankhmorporskiej Opery.

Zatrzymała się. A przynajmniej większa część Agnes Nitt się zatrzymała. Było tam bardzo dużo Agnes. Chwilę trwało, nim znieruchomiały jej zewnętrzne regiony.

Tak, była na miejscu. Wreszcie. Mogła wejść do środka albo mogła stąd odejść. To coś, co ludzie nazywają życiową decyzją. Nigdy dotąd nie musiała takiej podejmować.

Wreszcie, kiedy stała już nieruchomo tak długo, że gołąb zaczął rozważać możliwość budowy gniazda na jej wielkim, smętnie obwisłym czarnym kapeluszu, zaczęła wspinać się na schody.

Jakiś młody człowiek zamiatał stopnie — teoretycznie. W praktyce przesuwał brud z miejsca na miejsce, dostarczając mu nowych widoków i okazji poznania nowych przyjaciół. Młody człowiek ubrany był w długi płaszcz, trochę na niego za mały, i w czarny beret wciśnięty na osobliwie sterczące czarne włosy.



6 из 264