— Przepraszam — odezwała się do niego Agnes.

Efekt okazał się zaskakujący. Młody człowiek odwrócił się, zaczepił jedną nogą o drugą i upadł na swoją miotłę.

Agnes uniosła dłoń do ust. Potem schyliła się i podała mu rękę.

Jego dłoń wydawała się lepka, co sprawiało, że trzymający ją zaczynał tęsknie myśleć o mydle. Młody człowiek odgarnął z oczu tłuste włosy i rzucił Agnes zalękniony uśmiech. Twarz miał tego rodzaju, które niania Ogg nazywała niedopieczonymi: bladą, o niewyraźnych rysach.

— Żaden kłopot, panienko!

— Dobrze się czujesz?

Spróbował się podnieść, zdołał jakoś zaplątać miotłę między kolanami i ponownie usiadł gwałtownie na schodach.

— Hm… może panienka wyciągnąć miotłę?

Wysunęła ją z plątaniny. Młody człowiek wstał wreszcie po kilku nieudanych próbach.

— Pracujesz w Operze? — spytała Agnes.

— Tak, panienko…

— Powiedz, gdzie mam się zgłosić na przesłuchanie.

Rozejrzał się niespokojnie.

— Wejście dla aktorów! — wyjaśnił. — Pokażę!

Słowa wybiegały mu z ust pospiesznie, jak gdyby musiał uszeregować je i wystrzelić, nim znajdą czas, by się rozejść.

Wyrwał jej miotłę z ręki, po czym ruszył schodami w bok, w stronę rogu budynku. Kroczył w niezwykły sposób. Zdawało się, że coś ciągnie do przodu jego tułów, nogi zaś przebierają bez celu, stawiane wszędzie, gdzie znalazły sobie trochę miejsca. Nie był to właściwie chód, ale upadek odsuwany w nieskończoność.

Chwiejne kroki doprowadziły go do drzwiczek w bocznej ścianie. Agnes podążyła za nim.

Tuż za drzwiami zobaczyła coś w rodzaju szopy z jedną otwartą ścianą i blatem umieszczonym tak, że ktoś siedzący za nim mógł obserwować drzwi. Ten ktoś, kto tam właśnie siedział, musiał być istotą ludzką, ponieważ morsy nie noszą płaszczy.



7 из 264