
— I to wziąłem pod uwagę. Zastanawiałem się nad tym poważnie. I dzięki łutowi szczęścia znalazłem ten jeden jedyny przyrząd niezbędny dla naszej ekspedycji.
Gregor wstał i o mało nie rzucił się na swojego wspólnika; lecz po chwili opanował się i usiadł.
— Nie mam pojęcia, coś wyrabiał. Ale radzę ci, postaraj się o te dwa tysiące trzysta artykułów, które tutaj są wymienione, i to jak najszybciej.
— Nic się nie da zrobić — odparł Arnold z nerwowym uśmiechem. — Wydałem całą forsę. Ale ten sprawunek zapłaci sam za siebie.
— Jaki?
— Chodź ze mną na statek.
Gregor nie mógł wydobyć z niego ani jednego słowa więcej podczas całogodzinnej drogi do portu międzyplanetarnego w Idlewild. Statek stał już gotów na wyrzutni; był przygotowany do odjazdu, mającego nastąpić za kilka godzin.
— Patrz! Oto jest materializacja marzeń członków wszystkich ekspedycji międzyplanetarnych.
Gregor wszedł do środka. Ujrzał tam dużą, fantastycznie wyglądającą maszynę z zegarem, światełkami i wskazówkami rozsianymi po całej niemal powierzchni.
— Powiedz sam, czy nie jest piękna? — Arnold pogłaskał maszynę pieszczotliwie. — Znalazłem ją w sklepie ze złomem międzyplanetarnym. Oddali ją po prostu za grosze.
Gregor poruszył się niecierpliwie.
— Poczekaj! — rzekł Arnold. — Pozwól, niech ci pokażę. Bo zastanów się tylko — lecimy w przestrzeni… automatyczny kierunkowskaz wysiada. Okazuje się, że ćwierćcalowa nakrętka z trzeciego kółka zębatego jest do niczego. Nie możemy znaleźć nakrętki. Cóż wtedy czynimy?
— Wyciągamy nową nakrętkę spośród dwóch tysięcy trzystu artykułów, jakie zabraliśmy ze sobą właśnie na takie wypadki — odparł Gregor.
— Tak, tak. Tylko że na naszej liście nie ma ćwierćcalowych nakrętek duraluminiowych! — zawołał triumfalnie Arnold. — Sprawdziłem listę. Cóż wtedy?
