
Wpatrywał się w nią błędnym wzrokiem, z otwartą książką w dłoni. Nie rzekł nic, choć wiedział, że gdyby teraz z jego ust wyszły słowa, własny głos wydałby się mu głosem innej osoby, pewnie jakiegoś głupiego profesorka.
Wtem bez komentarza czy widocznego grymasu na twarzy Tansy obróciła się na pięcie i szybko wyszła z sypialni. Pakunek od krawca upadł na ziemię. Dopiero po chwili Norman mógł się poruszyć.
Dogonił ją w salonie. Kierowała się do drzwi wyjściowych. Gdy zrozumiał, że nie obróci się ani nie przystanie, chwycił ja w ramiona. Tym razem zareagowała. Szamotała się niby dzikie zwierzę, lecz z odwróconym obliczem i rękami przyciśniętymi do ciała, jakby była związana.
— Nie dotykaj mnie! — warknęła ochryple przez zaciśnięte zęby.
Wytężył siły i zaparł się nogami. Było coś przerażającego w tym, jak rzucała się na boki, by wyrwać się z jego objęć. Wyobraził sobie kobietę w kaftanie bezpieczeństwa.
— Nie dotykaj mnie! — powtarzała wciąż tym samym tonem.
— Ależ Tansy… — próbował ją hamować.
Nagle przestała się szarpać. Opuścił ramiona i zrobił krok do tyłu. Wcale się nie uspokoiła. Stała sztywno z twarzą skrzywioną w bok oraz, jeśli dobrze widział, mocno zaciśniętymi powiekami i ustami. Jakaś pokrewna sztywność odezwała się w nim i ścisnęła go za serce.
— Kochanie! — powiedział. — Wstyd mi za to, co zrobiłem. Nieważne powody; było to głupie, podłe i haniebne. Ale…
— Nie o to chodzi!
Zawahał się.
— Czyżbyś zareagowała w ten sposób, bo… że tak powiem… sama się wstydzisz tego, co odkryłem?
Nie odpowiedziała.
— Proszę cię, Tansy. Musimy porozmawiać.
Nadal nie odpowiadała. Nerwowo przebierała palcami.
— Jestem pewien, że wszystko będzie dobrze. Jeśli tylko mi powiesz… Tansy, proszę cię…
Nie zmieniając pozy, wykrzywiła usta i wyrzuciła z siebie:
