
— Może mnie zwiążesz i pokłujesz szpilkami? Tak właśnie robiono.
— Kochanie, w życiu bym cię nie skrzywdził! Po prostu musimy siąść i porozmawiać.
— Nie mogę. Jeszcze jedno słowo i zacznę krzyczeć!
— Kochanie, niby jak mam przestać? To jedna z tych spraw, które trzeba sobie wyjaśnić.
— Wolę umrzeć.
— Musisz mi powiedzieć, musisz! — upierał się podniesionym głosem.
Wyglądała tak, jakby miała zemdleć. Wyciągnął ramię, żeby ją podtrzymać, lecz nic jej nie było, po prostu raptownie osłabła. Podeszła do krzesła, rzuciła kapelusz na stoliczek i usiadła bezwładnie.
— No dobrze — powiedziała. — Możemy porozmawiać.
* * *
Godzina 18:37. Ostatnie promienie słońca, ślizgając się po biblioteczce, musnęły czerwone zęby diabelskiej maski. Tansy siedziała na brzegu wersalki, podczas gdy on ją obserwował z drugiego końca, z nogą zgiętą na siedzeniu.
Odwróciła się i szarpnęła głową z poirytowaniem, jakby wokół niej kłębił się nieznośnie gęsty dym słów do wypowiedzenia.
— No więc dobrze, niech ci będzie! Próbowałam na poważnie posługiwać się magią. Robiłam to, czego nie powinna robić nowoczesna kobieta. Próbowałam rzucać zaklęcia na ludzi i przedmioty. Próbowałam zmienić przyszłość. Próbowałam… wszystkich sztuczek.
Norman sztywno pokiwał głową. Tak samo kiwał na konsultacjach ze studentami, ilekroć po — zdawałoby się — godzinach mozolnej dyskusji na zasępionej twarzy obiecującego młodziana pojawiały się pierwsze przebłyski zrozumienia. Pochylił się w jej stronę.
— Ale po co?
— Chroniłam ciebie i twoją karierę — odparła ze spuszczonym wzrokiem.
— Doskonale wiesz, skąd się biorą zabobony. Jak mogłaś uwierzyć?… — Nie mówił już głośno. Raczej chłodno, niczym prawnik.
Wzdrygnęła się.
— Nie wiem… Z jednej strony masz rację. Ale jeśli pragniesz z całego serca, żeby coś się stało lub nie stało komuś, kogo kochasz… Robiłam to samo, co miliony przede mną… Nawiasem mówiąc, Norm, moje działania odnosiły skutek. Na ogó.
