
— Zrozum — ciągnął rzeczowo — właśnie te wyjątki dowodzą, że twoje działania do niczego nie prowadzą. Że to czy tamto udaje ci się tylko przez przypadek.
— Nie byłabym tego taka pewna — odpowiedziała z lekkim zniecierpliwieniem. — Mogły działać siły przeciwne… — Odwróciła się do niego z werwą. — Sama już nie wiem, w co wierzyć! Nie miałam dowodów na to, że zaklęcia naprawdę działają. Nie dało się tego stwierdzić. W dodatku bałam się przestać, kiedy już zaczęłam.
— Parałaś się tym przez te wszystkie lata?
Kiwnęła głową markotnie.
— Odkąd przyjechaliśmy do Hempnell.
Wpatrywał się w nią świdrującym wzrokiem. Wręcz nie mieściło mu się w głowie, że gdzieś we wnętrzu tej poukładanej, nowoczesnej osoby, którą znał od najintymniejszej strony, zachował się rozległy, niezbadany obszar — terytorium przynależne opisywanym w książkach pradawnym gusłom, żywcem wzięte z epoki kamiennej, najzupełniej mu obce, pogrążone w mroku, opanowane przez strach, targane nieujarzmionymi wichrami. Próbował sobie wyobrazić, jak Tansy mamrocze zaklęcia, szyje flanelowe woreczki w blasku świec, a w poszukiwaniu składników zapuszcza się na cmentarze i jeszcze w Bóg wie jakie miejsca. Wszystko to przechodziło ludzkie pojęcie, a jednak działo się… tuż pod jego nosem.
Jedyną lekko podejrzaną rzeczą, którą zauważył w zachowaniu żony, były jej samotne „spacerki”. Jeśli kiedykolwiek myślał o niej w związku z przesądami, zawsze dochodził do wniosku — nie bez cienia dumy — że jak na kobietę ma wyjątkowo racjonalne podejście do życia.
— Norm, czuję się taka rozbita i nieszczęśliwa — odezwała się. — Nie wiem, co powiedzieć i od czego zacząć.
— Opowiedz, jak do tego doszło, wszystko od początku — zaproponował z profesorską logiką.
