
— Oczywiście. — Na chwilę w jego głosie pojawiło się współczucie, lecz zaraz powrócił ton zapożyczony z sali wykładowej. — Chociaż przypuszczam, że dopiero po mojej wygranej kłótni z Pollardem o wychowanie seksualne, a zwłaszcza po tym jak w 1931 roku świetne recenzje zebrała moja książka, naprawdę uwierzyłaś, że twoja magia działa.
— Zgadza się.
Odchylił się na oparcie.
— Boże…
— O co ci chodzi, kochanie? Chyba nie sądzisz, że ta książka zawdzięcza swój sukces tylko mnie?
Na poły się zaśmiał, na poły prychnął.
— Ależ skądże znowu… — Zastanowił się. — No dobrze, zawędrowaliśmy do roku 1930. Co było dalej?
* * *
Godzina 20:58. Norman sięgnął do kontaktu i zapalił światło. Musiał zmrużyć oczy. Tansy spuściła wzrok. Wstał i roztarł ścierpnięty kark.
— Wkurza mnie to — oświadczył — że stopniowo zawładnęło to całym twoim życiem. Teraz już nie zrobisz najmniejszego kroku, to znaczy nie pozwolisz mi zrobić kroku bez użycia jakiegoś ochronnego zaklęcia. To zakrawa na jakąś… — Paranoję, miał zamiar dodać.
A Tansy ciągnęła ściszonym, ochrypłym głosem:
— Nie zapinam się na zamek, tylko haczyki z pętelką, bo na haczyk łapią się złe duchy. A lustereczka na kapeluszach, torebkach, sukienkach… Słusznie się domyślasz. To tybetańska magia, służąca ochronie przed nieszczęśliwymi wypadkami.
Stanął z nią twarzą w twarz.
— Powiedz mi, ale tak szczerze, co cię do tego skłoniło?
— Właśnie ci powiedziałam.
— Wiem, ale czemu to ciągnęłaś przez te wszystkie lata? Przecież podejrzewałaś, że to urojenia. Innej kobiecie może bym się nie dziwił, ale tobie…
Zawahała się.
— Wiem, co o mnie pomyślisz: staroświecka romantyczka. Tak czy owak uważam, że kobiety są bliżej natury niż mężczyźni, że ciągle w nich drzemią pierwotne uczucia. — I dalej bez chwili wytchnienia: — Dochodzą do tego wspomnienia z dzieciństwa. Dziwaczne, poronione pomysły, pojawiające się po kazaniach ojca. Historie, które opowiadała nam pewna stara babka. Płotki.
