
Prowincjonalna mentalność? — zastanawiał sie Norman. Odpowiednie warunki do zdrowego rozwoju psychicznego, akurat!
— I jeszcze… jeszcze tysiąc innych rzeczy. Opowiem ci o nich.
— Fajnie. — Położył jej rękę na ramieniu. — Ale może byśmy w tym czasie coś przegryźli?
* * *
Godzina 21:17. Siedzieli zwróceni do siebie w sympatycznej biało-czerwonej kuchni. Na stole nietknięte kanapki i opróżnione do połowy filiżanki czarnej kawy. Od razu widać, że role się odwróciły. Teraz Norman uciekał wzrokiem w bok, a ona badawczo śledziła rysy jego twarzy.
— Co o tym sądzisz? — zapytała w końcu. — Że jestem idiotką albo mi odbija?
Czekał na to pytanie.
— Ależ skąd — odrzekł poważnie. — Choć Bóg raczy wiedzieć, jak zareagowałby ktoś postronny na wieść o twoich poczynaniach. Nie zwariowałaś, ale pewne jest to, że tak jak każdy masz zaburzenia psychiczne, tyle że twoje, do diaska, przybrały niezwykłą formę. — Nagle dokuczył mu głód, więc porwał kanapkę i zaczął obgryzać ją naokoło. — Posłuchaj, wszyscy mamy swoje osobiste zwyczaje, szczególny sposób jedzenia, picia, spania i chodzenia do łazienki. Nie zdajemy sobie sprawy z ich istnienia, ale gdyby je poddać analizie, wydałyby się nam osobliwe. No wiesz, idziesz chodnikiem i omijasz szpary miedzy płytami. Tego typu rzeczy. Otóż, moim zdaniem, z powodu pewnych okoliczności życiowych twoje przyzwyczajenia wymieszały się z praktykami magicznymi, i to do tego stopnia, że nie jesteś w stanie odróżnić jednego od drugiego. — Zamilkł na moment. — I teraz najważniejsze. Dopóki tylko ty wiedziałaś, co robisz, nie podawałaś w wątpliwość swoich ciągotek do magii, tak samo jak szary człowiek nie zastanawia się nad swoją magiczną formułą zasypiania.
