
Postawił przesłonę przed kominkiem, wyłączył światło w salonie i w mdłym żółtym blasku płynącym z korytarza ruszył do sypialni.
Znów się rozdzwonił telefon. Przyjrzał mu się ze zdziwieniem, po czym podniósł słuchawkę.
— Halo? — Nikt mu nie odpowiedział. Odczekał chwilę. — Halo? — powtórzył. Wciąż brak odpowiedzi. Już miał przerwać połączenie, gdy raptem wydało mu się, że słyszy czyjś oddech: nierówny, zduszony, podniecony. — Kto tam? — zapytał ostro. — Profesor Saylor z tej strony. Proszę się odezwać.
Nadal miał wrażenie, że słyszy czyjś oddech. I nic więcej. Aż wreszcie z czarnej, tajemniczej czeluści telefonu wydobyło się jedno słowo, wypowiedziane wolno i z trudem, głosem głębokim, lecz nabrzmiałym niemalże baśniowym erotyzmem:
— Kochanie…
Przełknął ślinę. Nie poznawał tego głosu. Nim zdążył cokolwiek wykrztusić, szybko popłynęły następne słowa. Ich ton się wcale nie zmienił.
— Nie masz pojęcia, Norman, jak się cieszę, że zebrałam się na odwagę, by powiedzieć to, co sam dawno powinieneś zaproponować. Jestem gotowa, skarbie, naprawdę. Tylko przyjdź…
— Poważnie? — Norman nie posiadał się ze zdumienia. Głos wreszcie wydał mu się jakiś znajomy; właściwie nie jego barwa, a rytm i budowa zdania.
— Przyjdź, mój luby, nie zwlekaj. Zabierz mnie gdzieś w ustronne miejsce, gdzie będziemy tylko my sami. Będę twoją kochanką, twoją służebnicą. Uczyń mnie swoją niewolnicą. Zrób ze mną to, na co masz ochotę.
Norman najchętniej śmiałby się na całe gardło, lecz serce w nim łomotało. Całkiem fajna sprawa, jeśli to prawda, ale czy nie ma w tym jakiegoś komedianctwa? A jeśli to żart? — zadał sobie pytanie.
