
Przyszło mi nagle do głowy, że jedyną rzeczywistą różnicą pomiędzy mną a jakimś władcą Diamentu jest to, że ja pracuję dla prawa, a on (czy ona) przeciw niemu. Nie, to chyba nie tak. Na jego świecie to on był prawem, a ja będę działał przeciw niemu i prawu. Pod względem etycznym wychodził mi remis.
Jedyna rzecz natomiast, która mi się nie podobała w tym momencie, to fakt, iż rozpoczynałem wykonywanie zadania w tak niekorzystnej dla siebie sytuacji. Zazwyczaj programowano bowiem całą istotną informację w moim mózgu przed wysłaniem na misję, a tym razem tego nie uczyniono. Możliwe, pomyślałem sobie, iż wpłynęły na to cztery programowania przed czterema kolejnymi misjami i obawa przed dodawaniem jeszcze czegoś do mojego mózgu, bezpośrednio po dokonaniu transferu do nowego ciała, który sam w sobie był operacją trudną. Jakkolwiek by było, taka metoda spowoduje, że znajdę się w poważnych tarapatach. Ktoś powinien był o tym pomyśleć.
Ktoś pomyślał, ale odkryłem to dopiero po jakimś czasie. Mniej więcej godzinę po przebudzeniu usłyszałem dzwonek przy luku żywnościowym, wobec czego podszedłem do niego. Prawie natychmiast ukazała się taca z gorącym posiłkiem, nożem i widelcem, które, co bez trudu rozpoznałem, należały do kategorii przedmiotów ulegających samo — rozkładowi. Za pół godziny rozpuszczą się, tworząc kleistą kałużę, po czym wyschną na sypki proszek, to standardowa procedura w przypadku więźniów.
Jedzenię było okropne, ale nie spodziewałem się lepszego. Jedynie witaminizowany sok owocowy smakował całkiem nieźle; wypiłem go z dużą przyjemnością, a cienki, przezroczysty pojemnik (nierozpuszczalny) zachowałem jako naczynie na wodę, tak na wszelki wypadek. Całą resztę włożyłem z powrotem do podajnika, gdzie elegancko wyparowała. Szybkość i czystość. Z kranu można było nawet wycisnąć jednorazowo pełen naparstek wody.
