
Jeśli zaś chodzi o samą Meduzę, to wiedziałem jedynie, iż jest tam potwornie zimno i panują nieprzyjazne warunki. Przeklinałem sam siebie za to, że nie kazałem dostarczyć sobie odpowiedniego programu, dzięki któremu byłbym teraz o wiele lepiej przygotowany. Uczenie się szczegółów i poznawanie miejscowych układów zajmie mi pewnie sporo czasu.
Prawie sześć dni — siedemnaście posiłków — po przylocie do statku — bazy, bujanie, wstrząsy i łomoty wywołały u mnie lekką chorobę morską i zmusiły do położenia się na koi. Nie zmartwiłem się. Bez wątpienia przygotowywano się do transportu towarów i opróżnienia „zawartości” tych więziennych cel. Czekałem z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony z całych sił pragnąłem wydostać się z tego małego pudła, które nie oferowało mi nic prócz nie kończącej się, potwornej nudy. Z drugiej wszakże, kiedy już się wynurzę z tego pudła, znajdę się w większym i zapewne wygodniejszym więzieniu, na Meduzie, która również jest celą, tyle że wielkości całej panety. Mimo wszystko to, co ona może mi zaoferować w formie rozrywki, różnych wyzwań i podniet, jest — w przeciwieństwie do tego tutaj pudła — bardzo, ale to bardzo ostateczne.
Łomotanie wkrótce ustało i po chwili, pełnej niepewności, ponownie poczułem wibrację wskazującą na ruch. Tym razem była ona o wiele bardziej wyraźna.
