Kiedy sumienie dopiekało mu za mocno, rozciągał się w hamaku w cieniu wielkiego dębu, zsuwał kapelusz na oczy i sączył drinka, dopóki dolegliwość nie ustąpiła.

To właśnie czynił, kiedy Delia Duncan, gospodyni Longstreetów od trzydziestu lat, wychyliła głowę z okna na drugim piętrze.

– Tucker Longstreet!

Licząc na cud. Tucker zacisnął powieki i huśtnął mocniej hamakiem. Jedną dłonią podtrzymywał niedbale puszkę piwa, stojącą na jego płaskim, nagim brzuchu.

– Tucker Longstreet! – Na grzmiący głos Delii z gałęzi dębu poderwały się ptaki.

Tucker pomyślał – szkoda, tak dobrze mu się drzemało przy akompaniamencie świergotu ptaków, któremu towarzyszyło brzęczenie pszczół oblegających gardenie.

– Mówię do ciebie, chłopcze!

Tucker westchnął i otworzył oczy. Jaskrawe, gorące słońce sączyło się przez słomkowe rondo jego kapelusza. To prawda, że wypłacał Delii pensję, ale mężczyźnie trudno zachować autorytet wobec kogoś, kto podcierał mu kiedyś pupę i zmieniał pieluchy. Niechętnie zsunął kapelusz w tył głowy i zerknął w stronę, skąd dobiegał głos.

Niemalże zwisała z okna, pasma płomiennorudych włosów wymykały się spod chustki. Na jej szerokiej, pobrużdżonej twarzy widniał srogi wyraz, którego Tuck lękał się od dzieciństwa. Trzy sznurki kolorowych paciorków postukiwały groźnie o parapet.

Na ustach Tuckera pojawił się chytry uśmieszek chłopca przyłapanego z palcem w słoiku marmolady.

– Taaak?

– Powiedziałeś, że pojedziesz do miasta i przywieziesz mi worek ryżu i skrzynkę coca – coli.

Fakt. – Tucker potarł sobie tors zimną jeszcze puszką piwa, zanim podniósł ją do ust. Pociągnął spory łyk. – Faktycznie mówiłem. Pojadę, jak się trochę ochłodzi.

– Zbierz dupę w troki i ruszaj! Albo nie dostaniesz dzisiaj kolacji.



8 из 431