
– Za gorąco, żeby jeść – mruknął pod nosem, ale Della miała uszy jak zając.
– Co mówiłeś, synku?
– Że już idę.
Lekko jak tancerz zsunął się z hamaka i ruszył w stronę domu, dopijając po drodze piwo. Podniósł głowę i uśmiechnął się, a w jego złocistych oczach pojawił się iście szatański błysk. Della zmiękła. Nadal trzymała usta gniewnie zaciśnięte, ale kosztowało ją to sporo wysiłku.
– Przyrośniesz kiedyś do tego hamaka. Przekonasz się. Zachowujesz się jak stary pryk, więcej czasu leżysz niż chodzisz.
– Leżąc mężczyzna może dokonać bez porównania więcej niż chodząc. Roześmiała się w końcu, głośno i szczerze.
– Uważaj tylko, żebyś od tego leżenia nie wylądował przed ołtarzem z taką łajzą Sissy, co to złapała mojego Dwayne'a.
– Nie ma mowy.
– I kup moją wodę toaletową. Jest na przecenie u Larssona.
– Zrzuć mi portfel i klucze do wozu.
Głowa zniknęła, by pojawić się w chwilę później. Tucker złapał portfel błyskawicznym ruchem, który przypomniał Delii, że chłopak nie jest tak powolny, za jakiego chce uchodzić.
– Włóż koszulę… I schowaj ją w spodnie – rozkazała, jak robiła to, gdy miał dziesięć lat.
Tucker wziął koszulę z hamaka i obszedł dom od frontu, gdzie tuzin doryckich kolumn podpierało rzeźbiony taras na pierwszym piętrze. Bawełna przylgnęła mu do skóry, zanim dotarł do samochodu.
Wcisnął się do porsche'a – nabytku sprzed sześciu miesięcy, który jeszcze mu się nie znudził. Przez chwilę zastanawiał się, co lepsze; klimatyzacja czy wiatr uderzający w twarz, i zostawił opuszczony dach.
Jedyną rzeczą, jaką Tucker robił szybko, była jazda samochodem. Żwir prysnął spod kół, kiedy docisnął gaz i ruszył w dół krętą aleją. Z wizgiem opon objechał gazon, na którym jego matka zasadziła peonie, hibiscus i czerwone geranium. Aleja wysadzana była starymi krzewami magnolii; pachniały odurzająco i przyjemnie. Minął w pędzie biały kamień pamiątkowy w miejscu, gdzie praprawujek Tyrone został zrzucony przez rozhukanego wierzchowca i skręcił swój szesnastoletni kark.
