
W następnej chwili poczuła, że para silnych dłoni ujmuje ją pod ramiona i podnosi. Tuż przy uchu rozległ się życzliwy głos, który zapytał z niepokojem:
– Czy wszystko w porządku? Bardzo się pani uderzyła?
Agnes z całych sił starała się mocno stanąć na nogach. Wokół niej błyskawicznie zgromadzili się ludzie – nie wiadomo, ciekawscy czy też gotowi pospieszyć z pomocą. Słyszała, jak dziewczęta po drugiej stronie ulicy wołają do siebie: „Widziałyście, jak paniusia złapała zająca?” A potem rozległy się chichoty.
Łagodny głos dalej sączył się prosto do jej ucha:
– Proszę się nimi nie przejmować! Czy mocno się pani uderzyła?
– W… w biodro – szeptem odpowiedziała Agnes. Uznała, że to zabrzmi lepiej.
Młody policjant, bo to on właśnie pospieszył z pomocą, otrzepał śnieg i piasek z płaszcza Agnes i podał kapelusz, który spadł jej z głowy.
– Och, on jest taki wstrętny – mruknęła zawstydzona. – Nie podoba ma się ten kolor, ale widzi pan, dostałam go, więc… – umilkła zmieszana.
– Czy mam sprowadzić dla pani samochód?
– Och, nie, dziękuję, nie trzeba. Poradzę sobie – odparła Agnes, wyrzucając z siebie słowa z prędkością, której nie poznawała. – Serdecznie dziękuję za pomoc, teraz już sama dam sobie radę.
– Na pewno? – dopytywał się zatroskany.
– Ależ tak, z całą pewnością! Dziękuję za życzliwość! (Och, pozwólcie mi wreszcie uciec od oczu wszystkich zebranych!)
Roześmiała się nerwowo i ruszyła dalej przed siebie ku nabrzeżom portowym, pojękując cicho. Kość ogonowa bolała ją upiornie, odrobinę też kręciło jej się w głowie.
Gdzieś z przodu dobiegło ją wołanie jakiejś kobiety:
– Blancheflor!
Ta kobieta naprawdę umiała gwizdać na swojego psa, nie tak jak Agnes, która była w stanie wydobyć z siebie jedynie niezdarny, bezdźwięczny świst.
Rikard Brink obserwował ją z niepokojem. Przypuszczał, że mała dama w śmiesznym czerwonym kapelusiku mieszka na którejś z wysp. Ponieważ jednak wyglądało na to, że poradzi sobie sama, zainteresował się samochodem wolno sunącym ulicą w pogoni za dziewczętami.
