
Właściwie atak nastąpił już dzień wcześniej na kilku różnych frontach.
Dziewięcioro różnych ludzi…
Numer 1 i 2: Vinnie i Kamma
Wdowa Kamma Dahlen była przeżytkiem z czasów „uprzywilejowanej klasy wyższej”. Kolację nazywała z francuska „souper”, a fryzjerkę „Andersen” w braku służby, do której mogłaby się zwracać po nazwisku. Z angielska. Narzekała, jak trudno jest obecnie znaleźć kogoś do pomocy w domu, i wciąż powtarzała, jak bardzo służący są niewdzięczni i wymagający, choć nikogo takiego nie miała. Nadal ubierała się zgodnie z angielską modą lat dwudziestych: w prosty tweedowy kostium z półdługą spódnicą i krepdeszynową bluzkę w kolorze ecru z luźną kokardą przy szyi. Włosy, żółte jak ochra, matowe i poskręcane w drobne loczki tak, że przypominały perukę, czesała z przedziałkiem. Opadały sztywnymi falami kończąc się twardym jak kamień węzłem na karku.
Miała pięćdziesiąt osiem lat i pachniała osobliwymi, korzennymi perfumami. Młoda Vinnie w jej obecności czuła się nieswojo.
Niechęć ta była wzajemna. Karen Margtethe Dahlen, nazywana Kammą, nie znosiła bratanicy swego zmarłego męża, ponieważ jednak nie mogła sobie pozwolić na służbę, brutalnie wykorzystywała uległość Vinnie i była przekonana, że świetnie radzi sobie z dziewczyną. Wystarczało jedynie bezustannymi kąśliwymi uwagami na temat nieciekawego wyglądu biednej dziewczyny niszczyć jej poczucie własnej wartości.
W dużym domu nad morzem mieszkały teraz tylko we dwie. Od wielu już lat Kamma zajmowała się wychowaniem osieroconej dziewczyny. Jeszcze niedawno był z nimi syn Kammy Hans-Magnus i babcia Vinnie. Gdy babcia, teściowa Kammy, zmarła, któż miał rządzić w domu, jeśli nie ona, Kamma?
– Lavinio! – zawołała wymodulowanym głosem.
Dziewczyna – o ile dwudziestoośmioletnią kobietę można nazwać dziewczyną – weszła do niebieskiego salonu ze spuszczoną głową, onieśmielona, odwracając wzrok. Wiedziała, że gdy ciotka Kamma nazywała ją imieniem, które nadano jej na chrzcie, można spodziewać się jedynie nieprzyjemności.
