
Karen Margrethe Dablen zapisuję…
Teraz następowało wyliczenie kilku drobiazgów o niewielkiej wartości, była wśród nich broszka, serwis do herbaty i kominkowy zegar.
…chociaż bowiem Karen Margrethe twierdzi, że pielęgnowała mnie przez te lata, kiedy nie opuszczałam łóżka, w rzeczywistości wcale tak nie było. Wydawała tylko polecenia i rozkazy Vinnie.
Vinnie okazywała mi ciepło i wiele troski, Karen Margrethe jedynie oziębłość, a często zniecierpliwienie. Dlatego wszystko, co mam, zapisuję Vinnie, również lokaty na kontach bankowych, do których dysponowaniem w moim imieniu upoważniona była dotychczas Karen Margrethe. Pełnomocnictwo to ustaje z chwilą mojej śmierci.
Testament poświadczył B. E. Johannessen, notariusz, i jego żona, Marianne Johannessen.
Czerwona na twarzy Kamma osunęła się na krzesło. Serce waliło jej mocno w poczuciu urażonej godności. Uniosła głowę…
Johannessenowie? Znała ich! Ale chyba już umarli! W każdym razie ona na pewno. A o, pogrążony w żałobie po śmierci żony, doznał udaru. Powiadano, że był całkiem zamroczony, z nikim nie mógł się już komunikować.
Data?
Sprawdziła na testamencie. Dwunasty lipca. Pół roku temu.
Pół roku temu?
Musiało to być wtedy, kiedy babce chwilowo się poprawiło, mogła się poruszać i trochę mówić. Kamma wyjechała wówczas z synem do Bergen, tak bardzo potrzebowała wypoczynku. Tak, to by się zgadzało! Wyruszyli w podróż w lipcu.
A stara natychmiast skorzystała z okazji!
Rozległ się dzwonek do drzwi kuchennych i Kamma poderwała się przestraszona, jakby przyłapana na gorącym uczynku.
To pewnie posłaniec ze sklepu.
Gdzie schować…?
Ponieważ w pośpiechu nie znalazła innej skrytki na kopertę, wetknęła ją z powrotem w szczelinę w uszkodzonej komodzie. Pospieszyła do kuchni.
