
— Wielkim optymistą był twój znajomy czarodziej. Jednego tylko nie wziął pod uwagę: błędu popełnionego przez naturę. Lub przez tych, którzy z nią igrali. Złoty smok i inne podobne mu mutanty, o ile istniały, przetrwać nie mogły. Na przeszkodzie stanęła bowiem bardzo naturalna granica możliwości.
— Jakaż to granica?
— Mutanty — mięśnie na szczękach Geralta drgnęły silnie — mutanty są sterylne, Borch. Tylko w legendach może przetrwać to, co w naturze przetrwać nie może. Tylko legenda i mit nie znają granic możliwości.
Trzy Kawki milczał. Geralt spojrzał na dziewczęta, na ich nagle spoważniałe twarze. Vea niespodziewanie pochyliła się w jego stronę, objęła za szyję twardym, umięśnionym ramieniem. Poczuł na policzku jej usta, mokre od piwa.
— Lubią cię — powiedział wolno Trzy Kawki. - Niech mnie poskręca, one cię lubią.
— Co w tym dziwnego? — Wiedź-min uśmiechnął się smutno.
— Nic. Ale to trzeba oblać. Gospodarzu! Drugi antałek!
— Nie szalej. Najwyżej dzban.
— Dwa dzbany! — ryknął Trzy Kawki. - Te a, muszę na chwilę wyjść.
Zerrikanka wstała, podniosła szablę z ławy, powiodła po sali tęsknym spojrzeniem. Chociaż poprzednio kilka par oczu, jak zauważył wiedźmin, rozbłyskiwało nieładnie na widok pękatej sakiewki, nikt jakoś nie kwapił się wyjść za Borchem, zataczającym się lekko w stronę wyjścia na podwórze. Tea wzruszyła ramionami, udając się za pracodawcą.
— Jak masz naprawdę na imię? - spytał Geralt tę, która pozostała przy stole, Vea błysnęła białymi zębami. Koszulę miała mocno rozsznurowaną, prawie do granic możliwości. Wiedźmin nie wątpił, że to kolejna zaczepka wobec sali.
