– Dlaczego tak długo się nie ujawniałeś?

– Tak było najlepiej.

– Dlaczego?

– Nikt nie powinien był wiedzieć, że żyję.

– Ale czy nie pojmujesz, jak wielką żałobę nosiłem po tobie?

– Owszem, i bardzo mnie to bolało. Lecz w umowie znalazł się punkt, zakładający, że mam być nie – - człowiekiem.

– W jakiej umowie?

– O tym nie mogę teraz mówić.

Jordi miał taki piękny głos. U niego hiszpański akcent był leciutko zauważalny.

Doprawdy, trudno jednak powiedzieć, by od jego ciała biło ciepło. Unni już zmarzła, a ból wywołany chłodem zmrożonych dłoni promieniował aż do barków. Wciąż jednak starała się ogrzać ręce Jordiemu.

Antonio zmienił temat.

– Jak to możliwe, aby twoja urna, Jordi, znalazła się na cmentarzu? – spytał.

– Ktoś w Hiszpanii pomógł mi to załatwić. W urnie jest tylko zwykły popiół z pieca.

– Kto ci pomógł?

– Pewna pani, która miała odpowiednie kontakty w konsulacie i u innych władz.

Słysząc tę odpowiedź, Unni poczuła się nieswojo. Owszem, Jordi miał prawo żyć tak, jak chciał, lecz mimo wszystko zrobiło jej się przykro.

– Co to za pani? – dopytywał się Antonio.

Jordi zwlekał z odpowiedzią. W końcu zerknął w bok na Mortena.

– Flavia Cleve.

Morten natychmiast podniósł głowę.

– Co takiego? Przecież to moja macocha!

Unni odetchnęła z ulgą.

– Rzeczywiście – przyznał Jordi. – Nawiązaliśmy kontakt ze sobą jeszcze tu, w Norwegii, kilka lat temu, kiedy stwierdziliśmy, że ja i ty, Mortenie, jesteśmy spokrewnieni. Teraz współdziałamy.

– A więc to ona podrzuciła prezent w przedpokoju w moje urodziny?

– Tak.

Czy ręka Jordiego zrobiła się teraz odrobinę cieplejsza? Unni tak bardzo pragnęła w to uwierzyć. Chciała też ująć jego drugą dłoń, lecz się nie odważyła.

Antonio miał kolejne pytanie:



6 из 173