
– A więc ty przeżyłeś, Jordi? To znaczy, że ta historia o granicy dwudziestego piątego roku życia to jakaś bzdura?
Upłynęła dość długa chwila, nim Jordi w końcu odpowiedział.
– Nie – rzekł cicho.
– No, ale jak…?
– Obdarzono mnie specjalnymi przywilejami po to, bym mógł pomagać tobie i Mortenowi. I Unni.
– Dlaczego mnie? – zainteresowała się dziewczyna.
– To długa historia.
– Masz na ręku znak czarnych mnichów. Zauważyłam to już wcześniej – powiedziała Unni.
– To nie są mnisi. To rycerze.
– Rycerzy już przecież nie ma – wtrącił Morten.
– Mnichów również już prawie nie – zareplikował Jordi.
Antonio bezustannie zerkał we wsteczne lusterko.
– Nie przejmuj się Leonem i jego bandą, braciszku – rzekł Jordi łagodnie. – Oni już nie stanowią żadnego zagrożenia.
– To ty ich zatrzymałeś?
– Nie osobiście. Ale jak ci się wydaje, co przeżywa człowiek, widząc pięciu czarnych jeźdźców na koniach, wyrastających nagle na środku drogi? Co wtedy robi?
– Wjeżdża do rowu – odpowiedzieli wszyscy chórem.
– Samochód bardzo starannie opakował sobą drzewo – uzupełniła Unni.
Poważyli się na dość nerwowy śmiech.
– To znaczy, że masz z nimi kontakt? – spytał Antonio.
– Tak.
– I jest ich rzeczywiście pięciu? – upewniła się Unni.
– Rycerzy? Owszem.
– Ale matka Mortena naprawdę widziała mnichów, z głowami wygolonymi na łyso. I my także, prawie wszyscy, widzieliśmy ich w snach – przypomniała Unni.
– Wcale w to nie wątpię. Mnichów jest więcej, cały tuzin łysych czaszek. Cieszcie się, że przynajmniej na razie zetknęliście się z nimi jedynie w snach. Jeśli spotkacie ich na jawie, strzeżcie się!
– Przecież moja matka ich widziała – przypomniał Morten.
– Owszem, lecz ona już była skazana na śmierć. Ty ich jeszcze nie spotkałeś?
– Jedynie w snach.
– Świetnie. A czy ktoś z was słyszał te ich wabiące głosy?
