
– Owszem – pokiwała głową Unni. – Ale do mnie powiedzieli zaledwie jedną jedyną rzecz: Ven a Santiago! „Przybądź do Santiago!” Tylko co to ma znaczyć? Czy chodzi o tego przodka, Santiago Navarro, czy też o nazwę jakiegoś miejsca?
Przejeżdżali akurat przez jakąś niewielką miejscowość i do wnętrza samochodu wpadło światło ulicznych latarni. Jordi popatrzył na Unni swym niezgłębionym spojrzeniem. Uśmiechał się łagodnie.
– Tu chodzi o Santiago de Compostela, w Galicii, północno – zachodnim zakątku Hiszpanii. To miejsce pielgrzymek, stoi tam katedra, gdzie podobno spoczywają szczątki apostoła Jakuba Starszego.
– Powinnam była to zrozumieć, to chyba słynne miasto?
– Bardzo słynne. Pielgrzymowali tam katolicy z całej Europy, wciąż zresztą przyjeżdżają, może nawet z całego świata.
– A co my tam mamy do roboty? Zarówno Morte – nowi, jak i mnie przyśniły się te słowa, Ven a Santiago.
– Bez względu na to, dokąd będziecie podróżować, tam się nie wybierajcie! Zwyczajni ludzie oczywiście mogą tam jeździć, ale nie wy. Mnisi mieli tam kiedyś swoją siedzibę, tam trzymali wszystkie swoje najwymyślniejsze narzędzia tortur, zapewne chętnie by was trochę podręczyli. Nigdy tam nie jedźcie!
Przestraszyło to wszystkich tak, że umilkli.
W końcu Morten zadzwonił do babci z wiadomością, że ich grupa powiększyła się o jedną osobę. Babcia odpowiedziała, że to nic nie szkodzi. Zakwaterowała się już u swego przyjaciela. Zapewniła, że jest tam mnóstwo miejsca, a jeśli wjadą samochodem do garażu, wchodzącego w skład posiadłości, nikt nawet się nie zorientuje, że tam są. Razem z przyjacielem zamontowali już w oknach zaciemnienie, pochodzące jeszcze z czasów wojny, na zewnątrz nie przedrze się więc nawet smużka światła.
– Rozpoznaję twój głos, Jordi – oświadczył nagle Morten. – To ty mnie ostrzegłeś przez telefon!
– To prawda – podchwyciła Unni. – I powiedziałeś kelnerce, że mam natychmiast wracać do domu.
