
— Tutaj — powiedział Vasquez.
Jego mieszkanie było jednym z konstruktów pasożytniczo narosłych wokół podstawy mostu. Poprowadził nas w krótką ciemną uliczkę, potem przez nieoznaczone drzwi otoczone hologramami węży. Pomieszczenie okazało się kuchnią, wielką jak kuchnia fabryczna, wypełnioną kłębami pary. Mrużyłem oczy i ścierałem pot z twarzy, schylając się pod groźnymi kuchennymi przyrządami. Zastanawiałem się, czy Vasquez użył ich już kiedyś w swej działalności pozakuchennej.
— Dlaczego on jest taki przewrażliwiony na punkcie Czerwonorękiego? — spytałem szeptem Dieterlinga.
— To długa historia — odparł. — I nie chodzi tylko o rękę.
Od czasu do czasu z pary wyłaniał się nagi do pasa kucharz, którego po coś posłano; twarz miał częściowo schowaną za plastikową maską do oddychania. Vasquez rozmawiał z dwoma kucharzami, a tymczasem Dieterling zanurzył palce w garnku z wrzątkiem i coś wyłowił, a potem spróbował.
— To Tanner Mirabel, mój znajomy — powiedział Vasquez do starszego kucharza. — Facet był białookim, więc z nim nie zadzieraj. Zatrzymamy się tu na trochę. Przynieś nam coś do picia. Pisco. Mirabel, jesteś głodny?
— Niezbyt. Miguel już się chyba częstuje.
— Dobrze. Ale według mnie, Wężu, szczur dziś czymś zalatuje.
Dieterling wzruszył ramionami.
— Jadałem gorsze rzeczy, możesz mi wierzyć. — Włożył do ust kawałek. — Mniam, niezły szczurek. Norweski, tak?
Vasquez zaprowadził nas do pustej sali kasyna za kuchnią. Początkowo wydawało mi się, że tylko my tu jesteśmy. W dyskretnie oświetlonym pomieszczeniu, przepysznie obitym zielonym pluszem, na postumentach, umieszczonych w strategicznych miejscach, stały pykające nargile. Ściany były pokryte obrazami w tonacji brązu, ale gdy przyjrzałem im się bliżej, zobaczyłem, że to nie malowidła, lecz mozaiki stworzone z kawałków różnych gatunków drewna, starannie przyciętych i posklejanych.
