
Oczywiście spacerowali tu również inni. Żołnierze na przepustce po cywilnemu, choć rozpoznawalni po drastycznie ostrzyżonych włosach, galwanicznie stymulowanych muskułach ze zmiennobarwnymi kameleoflażowymi tatuażami na ramionach, po dziwnie asymetrycznej opaleniźnie na twarzach: jedno oko znajdowało się w obwódce bladego ciała, w miejscu gdzie zwykle opuszczali przymocowany do hełmu monokl celowniczy. Żołnierze ze wszystkich stron konfliktu dość swobodnie się ze sobą mieszali, unikali zatargów ze spacerującą milicją strefy zdemilitaryzowanej. Tylko milicjanci mogli nosić broń w tej strefie; otwarcie trzymali pistolety w sztywnych białych rękawicach. Nie zamierzali niepokoić Vasqueza, a nas — mnie i Dieterlinga — też by nie zaczepili, nawet gdybyśmy z nim nie szli. Może i wyglądaliśmy na goryli wepchniętych w garnitury, ale trudno by było nas wziąć za czynnych żołnierzy. Przede wszystkim obaj wyglądaliśmy za staro, dobiegaliśmy wieku średniego. Na Skraju Nieba znaczyło to mniej więcej to samo co w całej człowieczej historii: cztery do sześciu krzyżyków.
Niewiele jak na połowę ludzkiego życia.
Dieterling i ja trzymaliśmy formę, ale nie wyglądaliśmy na żołnierzy w służbie czynnej. Przede wszystkim żołnierska muskulatura nigdy nie wyglądała dokładnie tak jak ludzka, ale od czasów, gdy byłem białookim przybrało to formy ekstremalne. Dawniej mogłeś jakoś uzasadniać, że do noszenia broni są ci potrzebne szprycowane mięśnie. Od tamtego czasu rynsztunek znacznie ulepszono, ale żołnierze, tutaj na ulicy, mieli ciała jakby stworzone przez absurdalnie przesadnego rysownika komiksów. Na polu walki wrażenie wzmacniał jeszcze kontrast z małogabarytową, modną teraz bronią, którą mogłoby utrzymać małe dziecko.
